Europa, Rowerem

Balaton, a później długo, długo nic

pies nad balatonem

Wjechaliśmy na Węgry nie licząc na zbyt wiele. Doświadczenia innych blogerów kazały nam przygotować się na nudę, marne nawierzchnie i zakazy ruchu dla rowerów na niektórych drogach krajowych. Miłe wspomnienia ze Słowenii także nie działały na korzyść Węgier.

Wrażenia z pierwszej odwiedzonej miejscowości (Csesztreg) dawały jeszcze nadzieję, że nie będzie tak źle. Był bankomat, w którym wypłaciliśmy 10000 forintów, ku zdziwieniu Gosi w jednym banknocie. Mimo zmiany architektury (pojawiły się wysokie, murowane ogrodzenia) wciąż było dosyć ładnie i czysto. Jak się później okazało, były to miłe złego początki, a wiekowa, niebieska Łada, spotkana zaraz po  przekroczeniu granicy, nie była przypadkiem.

Cały pierwszy dzień to w szereg rozczarowań. Jeździliśmy zygzakiem, nadkładając drogi, chcąc uniknąć krajówek. Nawierzchnia na lokalnych drogach była tragiczna (unijne asfalty na Węgry nie dotarły). Naszym przejazdom przez miejscowości towarzyszyło ujadanie szalejących za płotami psów, na co Beirut na szczęście nie zwracał uwagi. Było nudno, brzydko i niezbyt przyjemnie. Zaniedbane i opuszczone posesje sprawiały wrażenie jakby wszyscy młodzi ludzie gdzieś uciekli, a zostali tylko powoli wymierający starcy.

Tak sobie jechaliśmy, aż dziwaczny układ dróg zmusił nas poszukania skrótu z Söjtör do Hahót. Na naszej mapie (1:400000) żadnej drogi nie było, ale Google Maps i OpenStreetMap zgodnie twierdziły, że jest. Jakaś tam lokalna, pewnie gruntowa, ale jest. Omijając dziury wyjechaliśmy z Söjtör, dojechaliśmy do rozjazdu i wjechaliśmy, mimo zakazu, na równiutką leśną drogę. Było to nieco dziwne i niepokojące. I słusznie. Po około kilometrze droga odbiła w zupełnie innym kierunku niż miała biec. Szybka kontrola mapy i okazało się, że na tym rozjedzie to trzeba było pojechać tak bardziej w lewo. Więc wróciliśmy, skręciliśmy tak bardziej w lewo i po stu metrach stanęliśmy w błocie (poprzedniego dnia lało).

Błoto nie było takie sobie zwykłe. Błoto było lessowe (część drogi biegła wąwozem) i miało magiczne właściwości.  Np. po maksymalnie 50 m pchania rowerów (o jechaniu można było pomarzyć) całkowicie zaklejało hamulce, a dodatkowo pozwalało się całkiem fajnie poślizgać. Pchaliśmy więc nasz majdan co chwilę odblokowując hamulce patykami i umilając sobie czas słowami, których nie wypada cytować.

 

 

Pokonanie odcinka między Söjtör a Hahót (ok. 7 km) zajęło nam jakieś 2 godziny.  I jeśli mógłbym, to chciałbym teraz bardzo serdecznie pozdrowić kierowców dwóch terenówek, którzy mijali nas chwilę przed wjechaniem w błoto. Dziękuję, że nas nie ostrzegliście, dzięki temu mogliśmy przywieźć węgierskie błoto do Polski (w niektórych zakamarkach rowerów pewnie zostało do dziś) i jest o czym pisać na blogu.

Po wydostaniu się z błota dalej jechaliśmy przez nudne i brzydkie węgierskie wioski. Ostatnią atrakcją dnia był przejazd drogą krajową nr 76 w towarzystwie ciężarówek.

Zmęczeni i rozczarowani, a w zasadzie zirytowani Węgrami dotarliśmy do Zala Kemping, na przedmieściach Keszthely. Pan z obsługi postanowił utrwalać negatywny obraz Węgier w naszych oczach. Mieszanką niemieckich i angielskich słów próbował nam wcisnąć domek (bo że niby zimno w nocy), przy którym nasz malutki namiot to apartament. Generalnie cały ten camping to standard wschodnioeuropejski w cenie zachodnioeuropejskiej, a rano Gosia oberwała od przemiłej pani z recepcji nawet za oparcie roweru o ścianę. Camping pożegnaliśmy słowami: „Never come back”.

Po tak miłym rozpoczęciu dnia ruszyliśmy szlakiem rowerowym wokół Balatonu (Balatoni körút) w kierunku Keszthely. I tu zaczął się jakby inny kraj. Nagle wszystko wyładniało. No może prawie wszystko.  Sam szlak wciąż dawał okazję do poskakania na wystających korzeniach drzew i zniszczonej nawierzchni.

Jednak miejscowości położone nad Balatonem wyglądały o niebo lepiej niż te odwiedzone przez nas dzień wcześniej. W Keszthely zatrzymaliśmy się na śniadanie (pieczywo kupione na migi) na ładnie odnowionym placu głównym, a później przejechaliśmy deptakiem pod neobarokowy pałac rodu Festetics.

Kolejne kilometry wzdłuż północnego brzegu Balatonu to mnóstwo ładnych widoków. Na wzgórzach winnice z porozrzucanymi wśród nich budynkami, nad brzegiem pastwiska pełne koni (ku uciesze Beiruta). Pod tym względem północny brzeg jest dużo ciekawszy od płaskiego brzegu południowego. Jazdę przerywaliśmy podziwianiem błękitnej (naprawdę błękitnej) tafli Balatonu i kąpielami Beiruta (sami nie byliśmy na tyle odważni).

Po południu dojechaliśmy do Balatonfüred, miasta typowo wypoczynkowego, pełnego drogich restauracji, bogatych ludzi i żaglówek w marinach. W naszych rowerowych ubraniach musieliśmy tam wyglądać dosyć zabawnie.

Na koniec dnia zdecydowaliśmy się zjeść coś lokalnego. Wybór padł na restaurację Corner  w Balatonalmádi. Kontakt z panią kelnerką był bardzo trudny, bo nie znała ani słowa po angielsku. Wybraliśmy zupę gulaszową, gulasz i schab po bakońsku (w sosie paprykowym). Szału nie było, było za to zdecydowanie za dużo soli.

Trzeci, i ostatni, dzień na Węgrzech zaczęliśmy od próby wydostania się z nad Balatonu w kierunku północnym. Łatwo nie było. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że z tymi zakazami dla rowerów to jednak prawda. Przez to musieliśmy nadłożyć drogi i jechać w towarzystwie ciężarówek. Jakoś się jednak udało i podziwiając jeszcze industrialny krajobraz w okolicach Pétfürdő dotarliśmy do Varpaloty. Odjechaliśmy od Balatonu i szybko to zauważyliśmy. Znów wszystko zrobiło się brzydsze i bardziej zaniedbane.

W Varpalocie zaczynała się główna atrakcja tego dnia. Podjazd na jedno ze wzgórz Lasu Bakońskiego (Bakony). Podjeżdżało się zadziwiająco dobrze. Może to zasługa widoków, które z każdym metrem były coraz ciekawsze. Po drodze wyprzedziła nas grupa kolarzy amatorów z Veszprému. No cóż, na szosówce podjeżdża się troszkę szybciej niż na trekingu z sakwami i psem w przyczepce.

Wzgórza Lasu Bakońskiego były ostatnim ciekawym elementem przejazdu przez Węgry. Im bliżej Dunaju i Słowacji, tym bardziej płasko. Końcówka to znów kompletna nuda. Na nasze nieszczęście postanowiliśmy jeszcze przejechać się Eurovelo 6 z Ács do Komárom. O jakości i oznakowaniu szlaku nie warto nawet pisać. W Komárom przekroczyliśmy Dunaj (i granicę) i wjazdem do słowackiego Komarna zakończyliśmy przygodę z Węgrami.

Tak jak się spodziewaliśmy, Węgry nas nie zachwyciły. O ile okolice Balatonu są dosyć atrakcyjne, o tyle inne odwiedzone przez nas tereny to miejsca mało interesujące. Wsie są smutne, brzydkie i zaniedbane. Straszą opuszczonymi domami z tabliczkami eladó (na sprzedaż). Pomijając miejsca typowo turystyczne, Węgry prezentują się źle, na tyle źle, że póki co nie mamy zamiaru tam wracać.

Kilka uwag praktycznych:

  • lokalne drogi na Węgrzech są niskiej jakości, na drogach krajowych pojawiają się zakazy ruchu rowerem, bardzo często powodujące konieczność nadkładania drogi (albo łamania zakazu),
  • języki obce są dla większości Węgrów obce, dużo łatwiej dogadać się po niemiecku niż po angielsku,
  • o używaniu węgierskiego można zapomnieć, bo jak powiedział Zdzisław Ambroziak: „Język węgierski to nie język, to choroba gardła”,
  • nad Balatonem ceny są często zbyt wysokie w stosunku do jakości oferowanych usług,
  • szlak rowerowy wokół Balatonu (Balatoni körút) miejscami bywa trudny do przejechania z przyczepką, pies jakoś przeżył podskakiwanie na korzeniach i dziurach, z dzieckiem raczej nie byłoby tak łatwo.


2 Komentarzy

  1. Byłam na Węgrzech, nad Balatonem – to było pierwsze zderzenie z czymś nowym, egzotycznym. Język angielski na nic się zdawał, za to jedzenie pyszne 🙂

    • Gosia

      Węgry „nowe i egzotyczne”, brzmi prawie jak Wietnam w środku Europy 🙂 my a dużo nie pojedliśmy i niestety nawet wina nie piliśmy 🙁 może innym razem, choć nie planujemy zwiedzania Węgier to nie wiadomo gdzie nas poniesie 🙂

Zostaw komentarz