Przyszedł taki trochę smutny czas, że my oba z mężem Kacprem, związani zostaliśmy umowami z pracodawcami. To się niby nazywa dorosłość, ale słyszałam, że to da się wyleczyć 🙂 Ale jak już złapaliśmy to podłe schorzenie, to oznacza, że objawia się ono nie tylko trudem i znojem, ale także urlopem! I w czasie przedświątecznych holidays postanowiliśmy zabrać Beiruta i nasze skromne osoby w Highlands!

Jak się przy tej okazji okazało, ale tylko dla mnie, bo Kacper już oczywiście dawno to wiedział, że powiedzieć Highlands, to jak powiedzieć polskie góry. Niby każdy wie, gdzie tego szukać na mapie, ale konkretów w tym nie ma. Także po przeanalizowaniu map i zdjęć w Internetach postanowiliśmy udać się do miejscowości Aviemore położonej w Cairngorm National Park.Cairngorms

Aviemore to takie szkockie Zakopane, tylko mniejsze, bez Krupówek i wszechobecnego chińskiego szajsu. Co oczywiście nie oznacza, że nie można sobie kupić figurki Braveheart’a, ale tego typu rzeczy zostały zamknięte w normalnie wyglądających sklepach z pamiątkami. Okolice Aviemore są atrakcyjne przez cały rok. Terenów do chodzenia po górach nie brakuje, a niedaleko są także wyciągi narciarskie. Okoliczne góry nie są specjalnie wymagające, można je porównać do niższych partii Bieszczad. Szczyty na wysokości ok 800 m n.p.m. Z Aviemore można wybrać się także w wyższe góry – drugi co do wielkości w Szkocji Ben Macdui (1309 m n.p.m.)  i okoliczni koledzy – miejsce 3, 4 i 5 pod względem wysokości. Warto to jednak zaplanować na lato, kiedy dzień trwa dłużej niż 6 godzin.Cairngorms

Dobra, wróćmy do naszej wycieczki. Pierwszego dnia po przyjeździe wstaliśmy jeszcze przed świtem, czyli o… 7:00. Nie tyle, żeby podziwiać wschód słońca, tylko żeby nie tracić światła dziennego. Przez miejscowość można przejść w świetle ulicznych latarni, a ze słońca korzystać już w lesie. A właśnie leśną ścieżką wzdłuż drogi udaliśmy się w kierunku Glenmore przez las Rothiemurchus, pozostałość pierwotnego lasu kaledońskiego. Ścieżka doprowadziła nas prosto do Loch Morlich, jednego z większych jezior w okolicy z pięknym widokiem na góry. Stamtąd jest już rzut kamieniem do Glenmore.

Glenmore to mała turystyczna osada. Jeszcze lepsza baza wypadowa w góry niż Aviemore. Największą atrakcją miejscowości jest Cairngorm Reindeer Center, obok którego przechodziliśmy rzucając tylko okiem na renifery za płotem. Jest to miejsce, gdzie od kilkudziesięciu lat starają się przywrócić renifery do życia w Highlands. Raz dziennie organizują wycieczki w teren, w czasie której można spotkać renifery na wolności, zrobić zdjęcia, poczochrać po paszczy, czy co tam innego renifery lubią najbardziej. Nie można zabrać na taką wycieczkę psa, dlatego nie skorzystaliśmy z tej atrakcji.

Minęliśmy Reindeer Center i ruszyliśmy dalej Ryvoan Pass w stronę Ryvoan Bothy mijając małe, pięknie niebieskie jeziorko o uroczej nazwie An Lochen Uaine. Tu się należą dwa słowa wyjaśnienia skąd takie dziwaczne nazwy. Po prostu Szkoci nie zmienili oryginalnych nazw z języka gaelickiego nadanych przez pradawnych Szkotów na współczesne, czyli angielskie. I trzecie słowo o Ryvoan Bothy. Bothy to taka chatka w górach, błędnie tłumaczona na polski jako gajówka, bo tam żadnego gajowego nie ma i nie było. To taki domek „in the middle of nowhere”, w którym strudzony wędrowiec może się schronić przed niespodziewanymi zmianami pogody, choć w Szkocji niespodziewany może być jedynie brak zmian :), odpocząć, zjeść czy napić się herbaty. Tuż przed Bothy jest taka malutka ścieżynka w lewo i nią podążaliśmy w kierunku szczytu Meall a Bhnachaille (810 m n.p.m.)Bothy

I w tym miejscu zaczęły się schody. Nie tylko dlatego, że rzeczywiście były schody ułożone z kamieni, ale wiatr coraz bardziej wzmagał na sile, albo my idąc coraz wyżej bardziej go odczuwaliśmy. Albo jedno i drugie. Podejście okazało się przez to niezbyt łatwe, a na pewno nie do końca przyjemne i bezpieczne. Dobrym patentem okazało się zabranie ze sobą kominiarek, nie trzeba było trzymać czapek na głowie, żeby ich wiatr nie zwiał. Nie mam pojęcia jaka była wtedy siła wiatru, ale bywało tak, że zdmuchiwało nas ze ścieżki, w czasie robienia kroku wiatr przestawiał nogę w inne miejsce, niż zamierzaliśmy stąpać, czy nawet zapierał dech w piersi. Nie było wysoko, więc jakoś się wdrapaliśmy na górę. Na szczycie pomimo, że zaleźliśmy usypany z kamieni cairn to nie dawał on schronienia przed wiatrem. Siedliśmy na moment od najmniej wietrznej strony, ale nie było to przyjemne miejsce na odpoczynek. Nie było możliwości nawet spojrzenia pod wiatr, nie daliśmy rady utrzymać aparatu, żeby zrobić zdjęcia z drugiej strony góry.

Nie czekając na łaskawe zmiany siły wiatru ruszyliśmy w dół ku przełęczy. Wiatr wymusił na nas zmianę planów. Mieliśmy się wdrapać na kolejny szczyt i szczytami podążać w kierunku Aviemore, ale zrezygnowaliśmy. Schodząc do przełęczy udaliśmy się dalej w dół doliny i ochraniani przez drzewa The Queens Forest dotarliśmy do ścieżki wzdłuż drogi którą przyszliśmy.

Nie była to w sumie zła decyzja, powoli zaczęło się ściemniać, więc łatwiej i przyjemniej wracało nam się drogą, którą już znaliśmy. Po powrocie przy dźwiękach lokalnego Speysound Radio, pizzy z haggisem i lokalnym piwie od Cairngorm Brewery zbieraliśmy siły na kolejny wypad następnego dnia. A pogoda zrobiła nam białą niespodziankę, było pięknie i mroźno. Ale o tym w kolejnym wpisie!

Beirut w Aviemore