Po przejechaniu przez Palavę, o której pisaliśmy tutaj, na drodze w kierunku Adriatyku stanęła nam Austria. Nasze wcześniejsze doświadczenia (Donauradweg) i informacje zdobyte z wielu źródeł  spowodowały, że oczekiwania były duże. Bo ładnie tam, kulturalnie i jeszcze te wszystkie szlaki rowerowe do tego.

Postanowiliśmy więc przetestować te szlaki. Na pierwszy ogień poszło EuroVelo 9 (Bałtyk – Adriatyk). EV9 dosyć mocno kręci się po Dolnej Austrii, zanim dotrze do Wiednia, więc dla zaoszczędzenia czasu i sił postanowiliśmy skrócić sobie nieco drogę. Z Palavy, pustymi lokalnymi drogami, dojechaliśmy do  Eggersdorfu, gdzie wjechaliśmy na szlak, który zaprowadził nas prosto do Wiednia. Teren był lekko pofalowany, więc jechało się całkiem przyjemnie. Towarzyszyły nam farmy wiatrowe i zapach dobrobytu (nawozu zwierzęcego), co bardzo cieszyło Beiruta. Jedynym minusem były zamknięte w małych miejscowościach sklepy, a dużych jakoś na trasie nie było, co skończyło się proszeniem o wodę w urzędzie gminy w Asparn nad Zayą.

Następny dzień zaczęliśmy  krótką przejażdżką po Wiedniu. Nauczeni doświadczeniem uzupełniliśmy zapasy wody i korzystając z EV9 opuściliśmy miasto (tylko raz gubiąc drogę). Krajobraz powoli zaczął się zmieniać, pojawiły się winnice, a na horyzoncie zarys Alp. Szlak, który na południe od Wiednia nazywa się Thermenradweg, aż do Wiener Neustadt, został poprowadzony wzdłuż kanału, dzięki czemu Beirut mógł podziwiać ptactwo wodne. My podziwialiśmy coś zupełnie innego, skrzyżowania kanału z rzekami, bo rzecz to dosyć rzadko spotykana.

Jechało się nam bardzo przyjemnie, ale zachodzące powoli Słońce zmusiło nas do poszukania miejsca na nocleg. Na czynny camping  nie było w tej okolicy szans, więc pomyśleliśmy o rozbiciu się na dziko. Kilometry mijały, Słońce powoli chowało się za wzgórzami, a dobrego miejsca na namiot nie było. W dodatku świadomość wysokości mandatów za takie spanie mocno siedziała nam w głowach. Tak mocno, że postanowiliśmy odpuścić i przespać w najbliższym pensjonacie. Nie musieliśmy długo szukać i po chwili staliśmy pod żółciutkim budynkiem z napisem „Pension”. Gosia, jak zawsze, poszła na przeszpiegi i po chwili wróciła i z dziwną miną rzekła: „60 euro, tylko wiesz, to są zakonnice”. Zakonnice okazały się całkiem spoko, aktu ślubu nie chciały, pies im nie wadził (dodatkowe 4 euro), a o 6 rano nikt nas nie ściągnął z łóżek (oddzielnych i jednoosobowych) na modlitwę. Najszczęśliwszy i tak był Beirut, bo mógł się po ludzku wyspać na fotelu.

Rano dostaliśmy życzenia dobrego pedałowania od siostry kierowniczki i ruszyliśmy dalej. Siostra chyba musiała sobie pod nosem dopowiedzieć „połamania szprych”, bo po kilku kilometrach, na idealnie płaskiej drodze, jedna z moich szprych postanowiła pęknąć. Po szybkiej wymianie (zawsze mamy kilka w zapasie) pomknęliśmy w kierunku Aspang Markt gdzie czekało na nas małe wyzwanie. A tak dokładniej to podjazd do ośrodka narciarskiego Mönichkirchen. Taka tam górka – start na 500, a meta na 960 m. n. p. m. Tak nam się świetnie podjeżdżało, a w zasadzie podchodziło, że zapomnieliśmy o robieniu zdjęć. W dodatku skończyła nam się woda, ale przed śmiercią z pragnienia uratował nas austriacki rolnik.

Na mecie nie było nagrody w postaci pięknych widoków, był za to lodowaty wiatr i oczywiście zjazd. Dobre kilkanaście kilometrów z górki. Beirut był zachwycony, bo zjazdy to jedna z jego głównych atrakcji. Wiatr we włosach, muchy w nosie i te sprawy. Zjeżdżając wjechaliśmy do Styrii i pokonując mniejsze i większe pagórki dotarliśmy do Hartbergu. Po krótkim odpoczynku i zakupach ruszyliśmy dalej na południe (wyjazd z miasta niezbyt przyjemny). Prawdziwe góry zostały za plecami, więc bez wielkiego trudu, podziwiając styryjskie wioski, dotarliśmy na camping w Bad Waltersdorf.

Kolejny dzień zaczęliśmy od szybkiej przejażdżki do Bad Blumau. Nie wiem czy warto kąpać się w tamtejszych termach, bo nie próbowaliśmy, ale warto je obejrzeć. Kompleks budynków zaprojektowany przez Hundertwassera wygląda trochę jak z bajki. Taka mieszanka Gaudiego z wiedeńską secesją.

Z term pojechaliśmy na stację kolejową, złapać pociąg do Grazu i po ok. 2 godzinach zwiedzaliśmy stare miasto styryjskiej stolicy (drugie co do wielkości miasto Austrii). Zabytków i atrakcji mają tam całe mnóstwo, niestety turystów i wszelkiej maści żebraków także. Szybko uciekliśmy więc do parku, gdzie Beirut mógł rozprostować kości i potarzać się trochę w trawie. Po odpoczynku wróciliśmy na rynek, żeby zjeść Käsekrainer (kiełbasa z serem, jak ktoś nie wie) i odjechaliśmy w stronę rzeki Mur w poszukiwaniu szlaku rowerowego.

Korzystając z dosyć zatłoczonego szlaku Murradweg wyjechaliśmy z miasta. Na nocleg wybraliśmy kompleks łowisk wędkarskich Wundschuher See, ponieważ camping w Grazu nie akceptował psów (zdarzyło nam się to pierwszy raz). Interesem w Wundschuh kierował  Alfred z wąsami Hulka Hogana, który za pomocą 5 angielskich słów które znał, wytłumaczył nam że pole namiotowe znajduje się jakieś 500 metrów od prysznica. Ale czego więcej chcieć za jedyne 10 €.

Rano wróciliśmy na Murradweg i podziwiając elektrownie (nie tylko wodne) dojechaliśmy do granicy ze Słowenią. Tam znów wróciliśmy na EV9, ale o tym to już innym razem.

Kilka praktycznych uwag:

      • Austriacy w zdecydowanej większości używają powitania Grüß Gott – takie ichnie Szczęść Boże,
      • Sklepy w małych miejscowościach są otwarte tylko rano i wieczorem, a w niedziele  wszystkie sklepy są zamknięte,
      • Ceny są ok. 2 razy wyższe niż w Polsce,
      • Oba szlaki -EuroVelo 9 (Thermenradweg) i Murradweg – są bardzo dobrze oznakowane (można jechać bez mapy), a nawierzchnia jest bardzo dobrej jakości (bez problemu można jechać z sakwami i przyczepką),
      • Jeżdżenie po Austrii rowerem to czysta przyjemność, infrastruktura jest przemyślana i wysokiej jakości, a kierowcy i rowerzyści grzeczni i kulturalni.