Lublana – miasto smoków. Miasto, gdzie miesza się europejskość ze śladami komunistycznej Jugosławii, wpływy śródziemnomorskie ze słowiańskimi korzeniami. Tworzy to mix, który w tym małym, 300-tysięcznym mieście zachwyca i zaprasza do głębszego zapoznania się z tym miejscem. Miasto smoków

Do Lublany dotarliśmy pociągiem z Celje (o naszych słoweńskich losach przeczytasz tutaj) i od razu pomyśleliśmy „Jugosławia”! Niestety dworzec słoweńskiej stolicy nie doczekał się jeszcze porządnego remontu. Niskie perony i brak wind dały nam się we znaki. No dobra, Kacprowi, bo to on się zajmuje przetarabanieniem obładowanych rowerów po wszelkich schodach. Ja tylko trzymam psa i staram się pilnować, żeby ktoś niepostrzeżenie nie oddalił się z jakąś częścią naszego dobytku.

Humory poprawiły nam się po wyjeździe ze stacji, kiedy ruszyliśmy w stronę historycznej części miasta, gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój w hostelu. Okazało się, że jest on bardzo dobrze położony, nad rzeką Lublanicą przepływającą przez miasto, rzut kamieniem od mostu smoków. Cena również nie była wygórowana – 42  euro za noc w pokoju z łazienką. Tęskniliśmy już trochę za spaniem w łóżku i łazienką, z której wychodząc nie trzeba się ciepło ubierać, jak to bywało na campingach 🙂 Po przydługim prysznicu, mogliśmy po raz pierwszy od wyjazdu z domu porzucić rowerowe ubrania, założyć coś bardziej codziennego i w końcu wyruszyć poznać miasto i  zjeść!

Lublana

O poradę w temacie jedzenia poprosiliśmy panią z recepcji hostelu, która poleciła nam restaurację „Druga violina” (Stari trg 21). Nie było to w najbliższym sąsiedztwie hostelu, ale w sumie to w Lublanie wszystko jest niedaleko 🙂 Z przyjemnością wyszliśmy na miasto, ciesząc się z ciepłego popołudnia wraz z turystami i lokalnymi mieszkańcami, którzy tłumnie oblegali kawiarniane i restauracyjne ogródki. Zwróciliśmy uwagę dużą ilość psów, które pod stolikami lub na kolanach właścicieli spędzały leniwie popołudnie. I wtedy, totalnie się tego nie spodziewając, postanowiliśmy w jedną z uliczek skręcić sobie w prawo, zobaczyć co kryje się za rogiem… i TEGO widoku się nie spodziewaliśmy.Widok na Alpy w Lublanie

Fototapeta! Bo jak?! Tak o?! Na końcu ulicy zamiast jakiegoś bloku, parku, biurowca normalnie nad miastem górują góry?! I to nie jakieś tam górki! Alpy! Normalnie najprawdziwsze Alpy! Nasz aparat może tego tak super nie oddaje, ale musicie uwierzyć nam na słowo, że robi to niesamowite wrażenie. Światło tego dnia podkreślało ich monumentalność. Staliśmy tak sobie ładnych kilka minut nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. I już wiedzieliśmy, że to jest świetne miejsce i jedno popołudnie tutaj to za mało!

Chcąc, nie chcąc musieliśmy się oderwać od górskiego widoku. W końcu Lublana to nie tylko góry niedaleko Lublany. A jak było coś dla ludzi, to musiało się trafić coś dla psów 🙂 Psia piekarnia, w której Beirut nie wiedział co wąchać, w którą stronę patrzeć, bo wszystko zapewne pachniało i wyglądało dla niego bajecznie! Po sesji i skonsumowaniu kilku ciastek, na które na pewno nie popatrzył, ale było na nich napisane „I love my dog”, mogliśmy ruszyć w końcu na jedzenie, bo już naprawdę byliśmy głodni.

Ogródek „Drugiej violiny” okazał się zacieniony, więc postanowiliśmy przenieść się do środka, bo chłodny wiatr dawał się we znaki. I jeszcze gołębie, które nie pozwalały Beirutowi spokojnie zrelaksować się pod stolikiem. Z wejściem do środka z psem nie było żadnym problemem, więc bez przeszkód mogliśmy zacząć studiować lokalną kartę w menu.  Słoweńska kuchnia jest w zależności od regionu zróżnicowana. Na południu jest więcej wpływów śródziemnomorskich, w karcie znajdziemy więcej ryb i owoców morza. Na północy kuchnia jest cięższa, spożywa się więcej mięsa. Mając to na uwadze zastanawialiśmy się co w Lublanie można zaserwować głodnym turystom ciekawym lokalnej kuchni. Karta była krótka, dominowały na niej ziemniaki i kiełbasy, więc zdecydowaliśmy się na smażone ziemniaki z kiełbasą i do tego zimne piwo Laško.Uczta

Dostaliśmy po 4 kulki ugotowanych ziemniaków usmażonych z kawałkami kiełbasy, jak z resztą widać na zdjęciu, ale…! Jakie to było dobre! Nie wiem czy dodali czegoś, czego my byśmy nie dodali? Czy to dlatego, że od tygodnia żywiliśmy się makaronem z sosem pomidorowym i różnego rodzaju słodkimi bułkami? A może to uderzało w taką swojską nutę, która gdzieś tam w nas, ludziach ze wsi, tkwi? Nie mam pojęcia, danie proste, oczywiste, a po prostu pyszne. I to piwo! Jeśli ktoś wie, gdzie można kupić Laško w Warszawie, niech koniecznie napisze! Co dodatkowo spodobało nam się w „Drugiej violinie” to wspieranie osób niepełnosprawnych umysłowo. Każdy z kelnerów miał swojego pomocnika, który pomagał w obsłudze gości. Duży plus za wspieranie aktywizacji osób niepełnosprawnych. Plus za możliwość wprowadzania psa. Plus za dobre jedzenie. Chyba możemy polecić tą restaurację 🙂

Dłuższą chwilę nam zeszło na tym obiedzie, w międzyczasie zrobiło się późno i chłodno, więc poszliśmy cieszyć się ciepłym pokojem i świeżą pościelą. Chociaż nie wiem, kto był bardziej zadowolony ze spania na łóżku, my, czy Beirut…

Pies pościelowy

Pies pościelowy

Następnego dnia przedłużyliśmy pobyt o kolejną dobę hotelową i ruszyliśmy zobaczyć, co jeszcze Lublana ma nam do zaoferowania. Naszą uwagę przykuł targ po drugiej stronie rzeki przy Moście Smoków, u podnóża zamku. Zwykły targ, na który przychodzą mieszkańcy Lublany po codzienne zakupy. Pomarańcze z listkami i dorodne, dalmaceńskie truskawki kusiły wyglądem i zapachem. Skusiliśmy się nawet na pudełeczko truskawek (była to końcówka kwietnia), ale to nie to samo, co nasze, polskie.

Bardzo chciałam też zajrzeć na targ rybny, który znajduje się w piwnicach jednego z budynków przy placu targowym. Nie przepadam za rybami i owocami morza, jednak nigdy nie byłam na takim prawdziwym targu rybnym, szczególnie, że można tam zobaczyć co żyje w Adriatyku. Fajnie, że Lublańczycy mogą sobie przyjść i kupić świeże krewetki czy ośmiorniczkę. Abstrakcja dla Polaków, gdzie nawet nad polskim morzem czasem trudno o świeżą rybę.

Następnie postanowiliśmy się wspiąć na Zamek. Można za kilka euro wjechać kolejką, ale to tak niewielkie wzniesienie, a ścieżki nie są przesadnie strome, że tą kolejkę może zostawmy emerytom 🙂 My dodatkowo musieliśmy zapewnić Beirutowi trochę ruchu, bo się wyspał tej nocy za dwóch i miał mnóstwo energii. Przy okazji podejścia możemy podziwiać panoramę miasta z przecudownymi Alpami w tle. Powiem szczerze, że ta panorama interesowała nas bardziej, niż zbiory muzeum znajdującego się na zamku, więc obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz, a więcej czasu gapiliśmy się na ośnieżone szczyty gór.

Po wspinaczce i zejściu zrobiliśmy się głodni, więc postanowiliśmy spróbować słynnego bałkańskiego (choć Słowenia to nie Bałkany) Burka w jednej z ulicznych budek z jedzeniem. Burek występuje w kilku wersjach smakowych – z mięsem, ze słonym serem czy ze szpinakiem. Jest to cienkie ciasto, przekładane farszem i zapieczone. PRZEPYSZNE! Naprawdę, od tego czasu nieraz już wspominaliśmy ten Burek, kiedy zjedlibyśmy coś mięsnego na szybko. Mięsnego, ponieważ orzekliśmy jednogłośnie, że ten mięsny jest najlepszy.Burek

Po takim po takim posiłku mieliśmy siłę na dalsze zwiedzanie lublańskich atrakcji. Teraz przyszedł czas na dokładne przyjrzenie się nadrzecznej zabudowie. Odwiedziliśmy Plac Prešerena, budynki rządowe i Ratusz, czy miejscowy Uniwersytet. Głównie dla Beiruta odwiedziliśmy także park Tivoli z tamtejszym pałacem, żeby mógł pohasać po tamtejszych trawnikach.

Niestety popołudniu przyszło zapowiadane pogorszenie pogody i padający deszcz zmusił nas do dłuższego odpoczynku w hostelowym pokoju. Zaopatrzyliśmy się jeszcze tylko w słoweńską kolację – Burek z mięsem i Cockte (jugosłowiański odpowiednik Coca-Coli). Mieliśmy czas na zaplanowanie dalszej podróży i zebranie sił na kolejne dni rowerowej podróży.Kolacja po słoweńsku

To tyle, piona!

A smoki? Według legendy w okolicach Lublany rozbijał się Jazon z Argonautami, którzy na swej drodze napotkali i zabili smoka. Smoka umieszczono w herbie miasta. Smoki przyozdabiają także jeden z mostów, zwany z resztą Mostem Smoków. Dziś jest powszechnym symbolem stolicy umieszczanym na różnego rodzaju pamiątkach i gadżetach.Miasto smoków