Przeczytałam ostatnio na jednym z lubianych blogów, że są miejsca gdzie należy trafić w odpowiednim czasie swojego życia. Nie zawsze będzie to miłość od pierwszego wejrzenia jak z Wiedniem, czy Edynburgiem. Czasem to rozsądny związek zbudowany na dogłębnym poznaniu i dobrych wspomnieniach, jak z Warszawą. Inaczej było z Lublinem, ale to dłuższa historia…

Wychowaliśmy się na południowo-wschodnich rubieżach Polski, gdzie bliżej nam było do Lwowa, niż do Lublina. Niemniej Lublin był stolicą regionu, tym dużym miastem gdzie były centra handlowe (no dobra wtedy jedno) i McDonald’s, teatry i kina. Miejsca gdzie jeździło się na klasowe wycieczki w podstawówce. A potem? Wraz z upływem czasu i poznawaniem świata zauważyliśmy, że Lublin wcale nie jest taki wielki, i nowoczesny, i super. Z premedytacją ominęliśmy go wybierając się na studia nie chcąc utknąć na wschodzie do końca naszych dni. Przez wiele lat był tylko stacją przesiadkową. Wiecznie zakorkowanym miastem bez obwodnicy, przez które trzeba było się przetoczyć.Włóczykij

Pojechaliśmy tam na jeden dzień, bardziej w celach towarzyskich niż turystycznych i w sumie to byliśmy trochę zdziwieni. To był bardzo fajny dzień, zarówno towarzysko, jak i turystycznie 🙂 Lublin bardzo się zmienił od czasów naszej podstawówki, którą skończyliśmy już w sumie nie tak przed chwilą. Patrząc z perspektywy mieszkańca Warszawy, czy teraz Edynburga, trochę prowincjonalny. Oczywiście z wielkimi ambicjami. Ale to trochę nadaje mu charakteru. Widać włożone tam pieniądze i pracę w odrestaurowanie starszej części miasta. W sprawienie, by PRL-owska cześć była bardziej przyjazna mieszkańcom. Według Wikipedii mają 130 km ścieżek rowerowych. Wow. Jestem w szoku. I pod wrażeniem.

Ale wracając do tej pamiętnej soboty. Wstaliśmy nieprzyzwoicie wcześnie. Na pół śpiąco wsiedliśmy w jeden z nowozakupionych pociągów PKP na Centralnym w Warszawie. Niewiele ponad 2 godziny, ok. 40 zł od osoby (15 za psa, ciągle nie rozumiem czemu tak drogo w IC) i byliśmy w Lublinie. Z dworca na piechotę ruszyliśmy w stronę Starego Miasta. Specjalnie zrezygnowaliśmy z komunikacji miejskiej, by ten ok 2,5 km odcinek pokonać piechotą – to zawsze pierwszy krok do zmęczenia Beiruta, który zwykle w pociągu nie może wysiedzieć. Wie, że gdzieś się jedzie i na pewno będzie fajnie, nowe miejsca, nowe zapachy. Psi lajf.Klasztor Ojców Dominikanów

Zaszliśmy najpierw na zamek, w końcu to najbardziej rozpoznawalny budynek Lublina. Choć depcze mu po piętach Centrum Onkologii (to ten żółto-pomarańczowy koszmarek, który widać jak się z zamku wychodzi), to jednak bliższa jest nam estetyka zamku. Zadziwiająco, ładniejszy od strony dziedzińca niż od frontu. Nie wchodziliśmy do środka tym razem, ale zachęcam do zobaczenia zachowanej polichromii z czasów Władysława Jagiełły. Perełka zachowanej sztuki polskiego średniowiecza. Trust me, I’m historian 😀

Centrum Onkologii

Wychodząc z zamku w oczy rzuca się nie tylko Centrum Onkologii, ale też drogowskaz do WC. Wiem, że to ważne, ale psuje krajobraz. Trochę śmieszy, trochę irytuje. Zdecydowanie można było jakoś go zakamuflować albo przestawić.WC

Jako, że wstaliśmy bardzo rano i bardzo rano jedliśmy śniadanie. W sumie to na pół śpiąco, więc może to nie prawda, to postanowiliśmy coś skonsumować. Wybór padł na Trybunalską City Pub przy rynku. Duży wybór ciast, pyszna kawa i co ważne, brak problemów z psami. Pani kelnerka nawet udawała, że nie widzi jak Beirut po długiej walce został w końcu wpuszczony na siedzenie dla człowieków. Jak nie jest zmęczony, to naprawdę ciężko mu przetłumaczyć, że on nie jest człowiekiem, tylko psem i powinien zostać pod stołem. Kacper użyczył mu swojej kurtki jako posłania i pilnował, żeby nie pchał paszczy na stół. W sumie to obraz porażki wychowawczej, ale cóż, zdarza się nawet najlepszym. Mam nadzieję.

Po napełnieniu brzuchów udaliśmy się na spacer. Szwagier, przewodnik wycieczki, pokazywał nam najciekawsze jego zdaniem miejsca w Lublinie. Na trasie znalazł się Teatr Lalki i Aktora im. Andersena, w którym byliśmy „za łepka” nie raz.

I Dom Słów, czyli „Izba Drukarstwa” – budynek przedwojennej drukarni zagospodarowany przez ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. Interesujące miejsce, którego program został zbudowany wokół znaczenia słowa w kulturze. Podwórko zostało zaaranżowanie w klimacie Doliny Muminków, którą kochamy miłością nieustającą od czasów dzieciństwa. Cudo!

Jak już nasze wewnętrzne dzieci zostały dopieszczone to ruszyliśmy dalej mniejszymi i większymi ulicami i uliczkami napotykając różne, dziwne i dziwniejsze obiekty. Sztukę użytkową i uliczną, tą z zamysłem mniejszym i większym. W Lublinie nie wiadomo co czeka za rogiem.  W końcu trochę zmarzliśmy, bo to wcale nie był ciepły marcowy weekend. Mieliśmy jeszcze czas do powrotu, więc postanowiliśmy ogrzać się w pubie Św. Michał, gdzie można zjeść całkiem dobrego cebularza jako danie główne. Kto z Lubelszczyzny ten wie, że dobry cebularz jest na wagę złota. Niestety nie został sfotografowany, więc musicie wierzyć na słowo!

Tak właśnie dla siebie samych „odczarowaliśmy” to miasto. Bo Lublin (jednak) da się lubić 😊

Jakbyście planowali dłuższy weekend na wschodzie to polecamy wpaść też na Roztocze. Z Lublina do już tylko kawałek, a warto!