– Do Triestu? Ale jak do Triestu?
– Normalnie, na południe. Czechy, Austria, Słowenia i już.

W ten prosty sposób powstał plan naszej kwietniowej podróży. Ale po kolei i nie wszystko na raz. Na początek będzie o Czechach, a w zasadzie o Morawach, a dokładnie o ich małym fragmencie, czyli o Pálavie.

Pálavę odkryliśmy dawno temu, chwilę przed tym jak w naszym życiu pojawił się Beirut. Mieliśmy wtedy ambitny plan objechania Czech pociągami, ale tak nam się spodobało w Mikulovie, że postanowiliśmy zostać tam jeszcze kilka dni zamiast jechać dalej. Dwa lata temu, jadąc rowerami do Wiednia, znów odwiedziliśmy Pálavę. Pewnie wrócimy tam jeszcze nie raz, bo wciąż mamy kilka zakątków do odkrycia.

 

Chcąc zaoszczędzić czas (bo na pewno nie pieniądze) postanowiliśmy polską i czeską część trasy pokonać koleją. Podróż zaczęliśmy o 5:35 (po 2 godzinach snu i nocnym przejeździe przez pół Warszawy) w pociągu EC Praha, którym pojechaliśmy do ostatniej polskiej stacji, czyli Chałupek. Przekraczając granicę na rowerach dojechaliśmy do sąsiedniego Bohumína. To dobry patent na zaoszczędzenie pieniędzy, ponieważ w bilecie międzynarodowym najdroższy jest przejazd przez granicę. Z Bohumína z przesiadką w Přerovie dotarliśmy do Břeclavia. Tak na marginesie, jeżdżenie kolejami czeskimi (České dráhy) nawet z obładowanymi rowerami i przyczepką nie stanowi problemu i jest stosunkowo tanie.

Rowerową część podróży zaczęliśmy w Břeclaviu, gdzie po szybkim odwiedzeniu zamku w  ruszyliśmy w kierunku ukochanej Palavy. Po kilkunastu kilometrach, dotarliśmy do pierwszego niezwykłego miejsca. Neogotycki pałac w Lednicach i otaczający go ogród w stylu angielskim to architektoniczno-ogrodnicze mistrzostwo świata. Nic dziwnego, że UNESCO chciało mieć to miejsce na swojej prestiżowej liście.

 

Pałac jest częścią dużo większego zespołu (Lednicko-valtický areál) o powierzchni prawie 300 km2, który bez problemu można zwiedzać na rowerach. Jest to chyba najlepsze rozwiązanie, bo zobaczenie wszystkich atrakcji wymaga pokonania blisko 40 km. Dodatkową zachętą są dobrze oznakowane szlaki i liczne wypożyczalnie rowerów.

Lednice

My jednak nie mieliśmy w planach odkrywania wszystkich zakątków zespołu valticko-lednickiego. Pod wielkim wrażeniem tego miejsca udaliśmy się w kierunku „morawskiego morza” (Vodní dílo Nové Mlýny), gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg na campingu. Udało nam się nawet złapać jakiś szlak rowerowy, o którym wcześniej nie wiedzieliśmy i część drogi pokonaliśmy lasem i wałami rzeki Dyji.

Na campingu Pálava w Nowych Młynach byliśmy nieoczekiwanymi, pierwszymi gośćmi w sezonie i zapewne dlatego nocleg okazał się darmowy. Po zjedzeniu na kolację czeskiego fast fooda – parka w rohliku, czyli parówek w bułce przypominającej naszego wyprostowanego rogala, mogliśmy w końcu położyć się spać.

Następnego dnia wyjeżdżając z campingu kierownik, nawigator i mózg wyprawy, kierowany swoją niezawodną intuicją zdecydował o zjechaniu z trasy w kierunku zalewu, w celu odnalezienia punktu widokowego. A tak naprawdę Kacper zaproponował „chodź podjedziemy na koniec tej ulicy, może będzie widoczek na wodę” 🙂 i się nie mylił. Zobaczyliśmy niezwykły widok na górujący nad zalewem zamek Děvičky i miejscowość Pavlov.

Ruszyliśmy dalej w kierunku palavskich winnic. Droga do Mikulova prowadziła głównie pod górę, co było dobrym przygotowaniem do austriackich i słoweńskich podjazdów. Jednak wjeżdżając do miasta, z którym wiąże się tak wiele miłych wspomnień, szybko zapomnieliśmy o trudach podjazdu.

 

 

Tym razem odwiedziliśmy Mikulov tylko na moment, ponieważ mieliśmy przed sobą długą drogę do Wiednia. Urwaliśmy tylko kilka chwil na krótki spacer po starówce, by znów poczuć atmosferę tego uroczego miasteczka. Obiecaliśmy sobie, że wrócimy tam jeszcze wczesną jesienią w czasie winobrania, by znów rozkoszować się smakiem młodego wina (Burčák), które przyciągnęło nas tam za pierwszym razem.

Tuż za Mikulovem wjechaliśmy do Austrii i udaliśmy się w kierunku Wiednia. Ale o tym w kolejnych wpisach 🙂

To tyle, piona 🙂