Europa, Pociągiem, Rowerem

Słowacja, czyli nie tak miało być

Szlak rowerowy

Nasz pobyt na Słowacji miał wyglądać zgoła inaczej. Planowaliśmy przejazd zachodnią częścią kraju, dolinami rzek z południa na północ podziwiając górskie widoczki i zamki na skałkach. Miało być pięknie,  a wyszło jak zwykle… ale od początku.

Beirut w namiocie

Teraz będzie śmieszna, ale też długa opowieść o tym, jak Gosia poszła na basen. Wrzucam śpiącego Beiruta dla rozluźnienia oczu 🙂

Po 3 dniach na Węgrzech z wielkimi nadziejami wracaliśmy do cywilizacji. Przynajmniej tak nam się wydawało. Na Słowacji język jest bardziej zrozumiały i waluta w końcu normalna. Skorzystaliśmy z campingu w pierwszej miejscowości za granicą słowacko-węgierską, w Komárnie. Pojechaliśmy na camping przy hotelu, który wchodził w skład miejskiego ośrodka sportowego. Obiekt w centrum miasta kusił darmowym wstępem do basenów termalnych. „W końcu skorzystam z term”, pomyślałam! Kilka razy spaliśmy niedaleko basenów termalnych w Austrii i Słowenii,  jednak zawsze zmęczeni po całym dniu rezygnowaliśmy z tej dosyć drogiej tam rozrywki. Tu nam się trafiło za darmo, więc żal nie skorzystać! Chętna byłam tylko ja, Kacper nie umie pływać, więc baseny i inne akweny wodne raczej nie są dla niego atrakcją. Niemniej jednak z uśmiechniętą miną spakowałam niezbędne rzeczy i poszłam się wymoczyć w ciepłej wodzie. Mój entuzjazm zmalał już po drodze, kiedy nie mogłam znaleźć wejścia. Później było już tylko gorzej. Pani w recepcji term nie mówiła po angielsku w ogóle. Po polsku też niespecjalnie rozumiała o co mi chodzi. W końcu, po ładnych kilku minutach rozmowy w różnych możliwych językach, zrozumiała, że jestem z campingu i basen mam za darmo. Wpuściła mnie do szatni, gdzie zorientowałam się,  że przecież potrzebuje klucza do szafki, żeby zostawić ubrania. Wiązało się to z powrotem na recepcję i próbą wyjaśnienia problemu. Okazało się,  po kolejnych kilku minutach tłumaczenia w różnych językach, że basen mam za darmo, ale za szafkę muszę zapłacić 2 euro. 2 euro których nie miałam, bo w ogóle nie brałam ze sobą pieniędzy.  (Wyjaśniła się w tym momencie zagadka dlaczego niemieccy emeryci, którzy w zdecydowanej większości okupowali camping, chodzą po ulicy w szlafrokach, po prostu je wieszają na wieszaku w szatni i wchodzą do wody). Zdenerwowana brakiem możliwości porozumienia, tym że miało być za darmo, a nie jest i koniecznością powrotu do namiotu po drobne postanowiłam zażyć kąpieli w campingowym prysznicu i dać spokój basenom 🙂 Z resztą przez chwilę zdążyłam już zobaczyć,  że basen ten czasy świetności ma już za sobą i generalnie średnio zachęca do korzystania.

Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw postanowiliśmy rzucić okiem na starówkę Komárna, w którym się znajdowaliśmy. Komárno jest naddunajskim miasteczkiem, które zachęca do odwiedzenia m. in. Dziedzińca Europy. Spodziewaliśmy się pięknego miasteczka malowniczo położonego nad modrym Dunajem, z kolorowymi kamienicami należącymi niegdyś do bogatych kupców. Nie wszystko złoto co się świeci,  nie wszystko jest takie ładne jak pokazują zdjęcia w Internetach. Po objechaniu starej części miasta postanowiliśmy nie tracić więcej czasu i udać się w dalszą drogę.

Złapaliśmy szlak rowerowy wzdłuż rzeki Wag. Niezwykle uradowani piękną asfaltową nawierzchnią ruszyliśmy w kierunku Kolárova. Niestety pogoda zaczęła się psuć. Wyszły chmury, a wiatr wzbierał na sile. Nie poddając się dotarliśmy do Kolárova,  gdzie jednak Słowacy postanowili zrobić nam niespodziankę. Nawierzchnia się skończyła i dalej szlakiem można było jechać drogą gruntową. Na krótkim dystansie, bez obciążenia, bez przyczepki, a najlepiej na innym rowerze pewnie byśmy przejechali. Jednak w naszej sytuacji po kilkuset metrach wkurzeni dojechaliśmy do zwykłej drogi, porzucając na dobre słowackie szlaki rowerowe. Planowaliśmy tego dnia dojechać do Trnawy. Niestety w okolicy nie było campingu, a spania na dziko jeszcze nie próbowaliśmy, więc postanowiliśmy poszukać miejsca w hotelu. Na bookingu nie było zbyt dużego wyboru na nocleg z psem, więc wzięliśmy pierwszy lepszy. Okazało się, że trafiliśmy do bardzo budżetowego hotelu trącającego trochę komuną, ale na jedną noc taki klimat nam nie przeszkadzał.

Kolejny poranek, zgodnie z prognozami, przywitał nas bardzo silnym wiatrem i przelotnymi opadami deszczu. W związku z tym, że w trasie byliśmy już dwa tygodnie, a do Warszawy planowaliśmy wrócić maksymalnie za 2-3 dni,  nie mogliśmy sobie pozwolić na przeczekanie pogody. Zapadła więc jedna z najtrudniejszych decyzji podróżniczych, o zwijaniu się do domu wcześniej niż było to planowane. Pociąg mieliśmy koło południa, więc postanowiliśmy zobaczyć, czy miasto Trnava ma jednak nam coś do zaoferowania. Dodatkowo szukaliśmy miejsca na śniadanie 🙂

Trnava pozytywnie nas zaskoczyła. Starówka okazała się być przyjemnym miejscem na poranny spacer. Nasze serca i podniebienia podbiła jednak kawiarnia Thalmeiner. Jest to niezwykle klimatyczne miejsce, gdzie rzesze Trnavian od samego rana wpadają na kawę i niespieszny posiłek ze znajomymi. Kawiarnia oferuje szeroki wachlarz własnych wyrobów od pieczywa, past kanapkowych, deserów po domową kolę. Najbardziej byliśmy ciekawi tej ostatniej. Zawsze staramy się spróbować lokalnych napojów, szczególnie jak są podróbami coca coli, które często stają się symbolami danego kraju czy regionu (patrz czeska Kofola, czy słoweńska Cockta). Ta thalmeinerska całkowicie nie przypominała sklepowej coca coli, co było jej zaletą. Warte spróbowania 🙂 Dodatkowo nie było problemu z wejściem z psem i zainstalowaniem go pod stolikiem, więc kolejny plus 🙂

Niestety, leniwy poranek szybko minął, czas było zbierać się w drogę. Z Trnavy pojechaliśmy pociągiem do Żyliny. Teraz wspominamy to ze śmiechem, ale wtedy byliśmy oburzeni zachowaniem pani konduktorki. Pociąg na dworzec w Trnavie wjechał opóźniony, my z naszym majdanem zawsze czekamy aż wszyscy zainteresowani wysiądą i wsiądą, dopiero potem wrzucamy nasze rzeczy do wagonu. Niestety załoga pociągu, była bardzo niecierpliwa i po chwili pani konduktorka zaczęła na nas gwizdać z ponagleniem. Ja w jednej ręce z psem na smyczy, w drugiej z ciężkim rowerem oniemiałam. W końcu zwróciłam pani uwagę, że zamiast gwizdać to by nam pomogła, byłoby szybciej, co o dziwo przyniosło skutek i sprawnie władowaliśmy się ze wszystkim na pokład. Po drodze, z okien pociągu, podziwialiśmy wszystko to, co planowaliśmy zobaczyć z perspektywy roweru 🙁

W Żylinie czekała nas przesiadka na pociąg do Bohumina. Koleje czeskie i słowackie ze względu na wspólną przeszłość dosyć dobrze połączone, a bilety na przejazd ze Słowacji do Czech nie były tak kosztowne, jak przy przekraczaniu innych granic drogą kolejową. Problem mieliśmy tylko z tym co dalej w Bohuminie? Łapać EIC z Pragi w Bohuminie czy pojechać, tak jak przyjechaliśmy (można o tym poczytać tutaj) do Chałupek? Problem był tylko jeden, nie mieliśmy polskich pieniędzy, a Chałupki to tak mała miejscowość, że nie ma w niej bankomatu. Wypłacanie w Bohuminie koron czeskich i wymiana na złotówki była nieopłacalna. Kupno biletu z Bohumina do Warszawy okazało się być droższym o 300 zł wyjściem, niż z Chałupek do Warszawy. A jeszcze jedna opcja! Kupno biletu przez Internet! Niestety na stronie PKP IC nie było możliwości kupna biletu dla rowerów na ten pociąg. Mieliśmy ok 2 godzin na przesiadkę, więc postanowiliśmy pojechać do Polski, złapać zasięg w telefonie i zadzwonić na infolinię IC. Tam miła pani poinformowała nas, że w pociągu można płacić kartą, a w systemie widnieją jeszcze wolne miejsca na rower, więc możemy bez obaw wsiadać do pociągu. Tak też zrobiliśmy. Okazało się, że bez problemu można zapłacić kartą w pociągu, bo pani konduktorka w torbie nosi schowany terminal (wiedzieliście o tym? My nie). Tym sposobem zakończyliśmy naszą 2 tygodniową podróż na południe Europy (Triest! Następnym razem na pewno się zobaczymy!) w połowie długiego, majowego weekendu 2016 roku.

Trnava

Na koniec zagadka! Gdzie jest Beirut?! 😉

15 Comments

  1. Piękna relacja! Takie wakacje wspomina się najlepiej!

    • Gosia

      Dokładnie! Jak wracaliśmy do domu to się zastanawialiśmy co napiszemy na blogu o Słowacji, a potem wyszedł wpis na ponad 1000 słów 😉 może nie tak fajny jak Raffaello na śniadanie, ale też spoko 😉

  2. Piękna relacja – niby Słowacja znana, a jednak odkrywasz jej nowe oblicze. A… i piękne zdjęcia.

    • Gosia

      Dziękuję bardzo 😊 niby znana, ale wszyscy jeżdżą w góry albo do Bratysławy. Reszta kraju, niby już niewielka pozostaje nie odkryta 😊

  3. chyba własnie jak nie idzie po naszej mysli,to zaczyna dopiero robic sie ciekawie 🙂 pozdrawiam!

    • Gosia

      Teraz też tak myślę 😊 my nawet specjalnie nie planujemy szczegółowo naszych wypraw. Moja babcia mawia, że chcesz Pana Boga rozśmieszyć to sobie coś zaplanuj 😊 zawsze mamy jakiś zarys trasy, miejsca do odwiedzenia, ale bardzo się nie przywiązujemy do wszystkich tych obrazków,bo nie wiadomo gdzie nas poniesie los 😉

  4. Ale przygody! 🙂 O terminalu do kart schowanym w torbie konduktora nigdy nie słyszałam 😉 Chociaż w sumie, ostatnio PKP stało się takie jakby nowocześniejsze?

    • Gosia

      Nowocześniejsze! Idzie z duchem czasu 😉 chociaż jechania pendolino 1 klasą nie polecam (choć w cenie jest posiłek), bo nie jest warte swojej ceny 😉

  5. ACupOfCoffeeSolvesEverything

    Super relacja i piękne zdjęcia!

  6. Nie dość, że rowerami, to jeszcze z psem. Podziwiam!

    A Komárno to mi się wydaje takie bardziej KoSZmarno było 😉

    • Gosia

      Dziękujemy 🙂 Trochę było takim pstrokatym koszmarkiem, ale nie wszystkim musi się podobać 😉 reklamuje się takie zabytki jakie się ma na miejscu 🙂

  7. Kasia

    A ja nie wiem gdzie ten Beirut 🙁

  8. Zawsze ta Słowacja bywa przez nas-Polaków traktowana trochę po macoszemu, bardziej jako kraj tranzytowy. A szkoda, bo są tam tak piękne tereny…

Zostaw komentarz