Pociągiem, Polska

Weekend na Roztoczu

nad tanwią

Roztocze – kraina łagodnych pagórków, czystych rzek i zielonych lasów. Wciąż jednak mało znana w Polsce (z drugiej strony może to dobrze), a jest świetnym pomysłem na weekendowy wypad.

W czasie ostatniego długiego weekendu postanowiliśmy przy okazji odwiedzenia rodziny, która mieszka w okolicy, pobawić się w turystów  na terenach doskonale nam znanych i sprawdzić, czy coś się zmieniło. Dawno już nie odwiedzaliśmy tych miejsc, w końcu bywaliśmy tam wiele razy jako dzieci i później nie stanowiły dla nas większej atrakcji.  Teraz po latach mieliśmy okazję spojrzeć na wszystko z innej strony i zachwycić się ponownie roztoczańską przyrodą.

Wycieczkę rozpoczęliśmy od przyjazdu pociągiem do Zamościa. Po kilkugodzinnej podróży pierwsze kroki skierowaliśmy do Restauracji Muzealnej, ponieważ słyszeliśmy, że tylko tam na zamojskiej starówce można zjeść dania regionalne i, co ciekawe, kuchni ormiańskiej. Kilka godzin wcześniej zarezerwowaliśmy stolik w ogródku, co okazało się dobrym pomysłem, ponieważ klientów tam nie brak. Kacper zamówił Horowaca – ormiańskiego szaszłyka, ja postanowiłam po raz pierwszy spróbować zupy pokrzywowej i gołąbków z kaszą gryczaną i grzybami. Do tego z przyjemnością wypiliśmy po kuflu lokalnego piwa Zwierzyniec.

Najedzeni ruszyliśmy na spacer zamojskimi uliczkami, podziwialiśmy odnowioną synagogę i budynek naszego I LO, które w tym roku obchodzi 100 urodziny. Okazało się, że trafiliśmy akurat na weekend, kiedy organizowana była rekonstrukcja szwedzkiego szturmu Twierdzy Zamość i przez 3 dni można było uczestniczyć w rekonstrukcjach, spotkać rycerzy w strojach z epoki, czy usłyszeć wystrzały armatnie. Beirut całe szczęście nie boi się huku, więc nie było to dla nas kłopotliwą niespodzianką. Spotkaliśmy za to konia, który był dla niego największą atrakcją 🙂

Następny dzień spędziliśmy w całości na świeżym powietrzu. Pożyczonym od rodziców samochodem pojechaliśmy zobaczyć co słychać w rezerwacie „Szumy nad Tanwią” koło Suśca. Oprócz niezmiennego szumu Tanwi okazało się, że rozwinięciu uległa infrastruktura, na miejscu dzikich parkingów pojawiły się normalne miejsca postojowe, kosze na śmieci czy budki z przekąskami. Zatrzęsienie jest także firm oferujących zorganizowanie spływów kajakowych, wiec jeśli ktoś ma ochotę, to z takimi atrakcjami nie ma najmniejszego problemu, zarówno na Tanwi, jak i po Wieprzu. Kajakiem można pływać także z psem, co wypróbowaliśmy na Wiśle, naprawdę fajna przygoda dla psa i dla człowieka. My jednak postawiliśmy na pieszą wycieczkę brzegiem rzeki. Beirut niestety nie okazał się fanem Tanwi. Po tym jak ochoczo do niej wbiegł, tak równie szybko z niej uciekł. Nie wiedzieliśmy czy przeraził go dosyć szybki nurt, niska temperatura wody czy piaskowo-kamienne dno, przez które co krok zmienia się głębokość. Nie zdążyliśmy nawet zrobić zdjęcia, a potem już kategorycznie odmawiał wejścia i trzymał się brzegu.

Bardziej podobało mu się w kolejnym rezerwacie „Czartowe Pole”, który kiedyś  z siostrami nazywałyśmy po prostu „mostki”, bo właśnie główną atrakcją jest szlak wyznaczony systemem drewnianych mostków i schodów.  Znaleźliśmy tam także ogromne jagodzisko, szkoda tylko, że pierwsze owoce pojawią się na krzaczkach dopiero za miesiąc. Mogliśmy jednak cieszyć się spacerem w pięknym lesie sosnowym, w którego gałęziach słońce pięknie grało światłem. Powiem szczerze, że jeszcze do niedawna każdy las był lasem, bez żadnej różnicy. Dopiero od niedawna zauważam, że jedne jednak są piękniejsze od innych. Te roztoczańskie nie tylko w słoneczne dni malują niezwykłe krajobrazy. Niesamowicie zachęcają do zagłębienia się i poznania tych terenów.

Jak już trochę pochodziliśmy, a wiadomo, że świeże powietrze zaostrza apetyt, to postanowiliśmy odwiedzić zagrodę Guciów, a szczególnie tamtejszą gospodę. Teren zagrody dzieli się na dwie części, jedna należąca do gospody i druga, odgrodzona, jako teren muzeum. Do muzeum niestety nie wejdziemy z psem. Zwiedzanie jest dosyć drogą przyjemnością, ponieważ kosztuje 12 zł, cena obejmuje zwiedzanie z przewodnikiem, co podobno jest niezwykle ciekawe i pozwala zapomnieć o cenie biletu. My niestety nie przekonaliśmy się o tym, ponieważ pojawiliśmy się tam dosyć późno, zwiedzanie rozpoczynało się o pełnej godzinie i było ostatnim tego dnia, więc musieliśmy wybierać między jedzeniem, a zwiedzaniem. Jak można się domyślić jedzenie wygrało 🙂 Beirut też nie narzekał na możliwość spokojnego obserwowania terenu z werandy, umilone kawałkiem chleba ze smalcem. Tym razem Kacper postanowił spróbować tamtejszej zupy pokrzywowej. Następnie postawił na domową białą kiełbasę pieczoną w piwie z kminkiem z ziemniakami z omastą i jak po pierwszym kęsie stwierdził „o takiej kiełbasie całe życie marzyłem”. Ja też potwierdzam, naprawdę była pyszna. Ja zamówiłam Reczczoniaka – piróga z kaszy, ziemniaków i sera z wiejskim zsiadłym mlekiem. Na koniec jeszcze wszystko poprawiliśmy domowym chlebem z przepysznym smalcem i ogórkiem kiszonym. Na samo wspomnienie zrobiłam się głodna 🙂 taka przyjemność, nie dość, że niezbyt dietetyczna to jeszcze kosztowna, bo za taki spory obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy 85 zł. Ale raz na jakiś czas warto 🙂

Dzień zakończyliśmy spacerem po pobliskim Zwierzyńcu, podziwiając pięknie odbijający się w tafli wody kościół.

kościół na wyspie

To jest nasz „pomysł” na weekend na Roztoczu. Głównie odwiedzaliśmy miejsca znane nam z dzieciństwa, z którymi mamy wiele miłych wspomnień. Na Roztoczu znajdziecie jednak wiele innych, pięknych miejsc wartych odwiedzenia. Macie może jakieś swoje ulubione miejsca? Chętnie o nich poczytamy i w przyszłości odwiedzimy. Jeśli nie, to zachęcamy do odwiedzenia tego skrawka Polski B, gdzie ptaki zawracają, ale robią to zapewne dlatego, żeby tam zostać, bo gdzie będą miały lepiej niż na Roztoczu?

 

2 Komentarzy

  1. Piękne zdjęcia, aż żal, że w tym roku nie będzie urlopu… Ale za rok… kto wie 🙂 Bardzo zachęcający opis 🙂

Zostaw komentarz