Polska, Rowerem

Wyprawa przez pół Polski – Warmia i Mazury

On way

Z czym Wam się kojarzą Warmia i Mazury? Warmia to tak w sumie nie wiadomo z czym, może trochę ze spokojną wsią? A Mazury? No jak to! Przecież to Kraina Tysiąca Jezior! I niby to wszystko prawda, ale zabierzemy Was dziś na wycieczkę po warmińsko-mazurskiem i pokażemy trochę inną stronę Warmii i Mazur. Więc co? Kolejny etap wyprawy przez pół Polski czas zacząć!

Jadąc od strony Gdańska, śmignęliśmy przez Żuławy. Pomimo tego, że wyjechaliśmy z miasta dopiero koło południa (chcesz się dowiedzieć dlaczego? Odpowiedź jest tutaj!) kilometry znikały w oka mgnieniu.  Po 5 dniach ciągłej jazdy nie było już śladu po zakwasach i się okazało, że nasze cztery litery też jakoś przywykły do rowerowego siodełka.  Płaskie tereny Żuław nie sprawiały dodatkowych utrudnień. Nie od dziś wiadomo, że łatwiej jechać po płaskim, niż pod górkę 🙂pruska architektura żuławy

Mimo tego, że zapatrzeni byliśmy w pruską architekturę i piękne żuławskie tereny to udało nam się dostrzec po drodze informację, że prom w Kępinach (z Małych do Wielkich) przez Nogat nie działa, więc musieliśmy nadrobić drogi i pojechać aż do Kępek, gdzie znajduje się najbliższy most. Tym samym przekroczyliśmy granicę województw i przez kilka następnych dni warmińsko-mazurskie szlaki należały do nas!

Zdecydowaliśmy się warmińsko-mazurskie przejechać wzdłuż granicy z Obwodem Kaliningradzkim z kilku powodów – po pierwsze primo – na Mazurach, w tych turystycznych okolicach byliśmy na rowerach w zeszłym roku i nie było sensu tego powtarzać. Po drugie primo – ciekawi byliśmy nowego szlaku Green Velo. Po trzecie primo – jeśli się tylko da to uciekamy z obleganych miejscówek i szukamy mniej uczęszczanych szlaków, bo czasem, a nawet często się okazuje, że mało znane miejsca są ciekawsze niż te ze zdjęć w przewodnikach 🙂Frombork

Z Kępin udaliśmy się w kierunku Fromborka, gdzie mieliśmy zamiar przenocować na campingu. Ta część trasy, między Elblągiem, a Fromborkiem to jedyny odcinek, który zdublowaliśmy z zeszłorocznym. Niestety nie wspominamy go najlepiej. A wiedzą to Ci, którzy kiedykolwiek jechali rowerem miedzy Tolkmickiem, a Fromborkiem. Uśmiechacie się trochę kwaśno? 😉 Ja też, ten podjazd dał nam się we znaki 🙂 Ale żeby nie było, nie zniechęcam – jest co wspominać 🙂 We Fromborku zatrzymaliśmy się na campingu, który ominęliśmy poprzednim razem ze względu na kiepskie opinie w internetach. Ale szczerze mówiąc, nie był taki zły, a dość tani. Na jedną-dwie noce spokojnie można się tam zatrzymać.MOR Green Velo

Następnego dnia udaliśmy się do Braniewa, gdzie pierwszy raz rzuciliśmy okiem na Green Velo, nie zamierzaliśmy się go trzymać kurczowo, ponieważ narobilibyśmy tylko dodatkowych kilometrów. Z Braniewa szlak skręca na Pieniężno, żeby później znów odbić na północ. Więc my skrótem dojechaliśmy lokalnymi drogami do Krzekotów i tam wpadliśmy na szlak. Co oznaczało mniej więcej tyle, że przy drodze pojawiły się oznaczenia 🙂 Ciekawi byliśmy odcinka z Kandytów do Górowa Iławeckiego, gdzie poprowadzono szlak dawną linią kolejową. Jakie było nasze zaskoczenie kiedy naszym oczom ukazały się te przecudnej urody zielone barierki. Od razu przypomniały nam się austriackie szlaki i pewien bardzo fajny zakręt, gdzie jeśli się nie uważało i nie patrzyło na znaki, to można było wpaść do rzeki, ale nikt nie stawiał barierek. I niby wiadomo, bezpieczeństwo, ale w dwie przyczepki się minąć to może byłby trochę problem. Zawsze istnieje możliwość zahaczenia pedałem czy sakwą o barierkę i niechybny upadek na nawierzchnię, która rowerzystom także miła nie była. Ale o Green Velo to inna historia, może na osobny wpis? A co do szlaku po nieczynnej od lat linii kolejowej, pomysł na 6 z plusem, piękne widoki 🙂

Odcinek od Górowa Iławeckiego do Bartoszyc minął nam natomiast zaskakująco przyjemnie, mimo że znowu wróciliśmy na polskie drogi. Przypominam, że jechaliśmy w drugiej połowie czerwca 2016 roku. Ktoś jeszcze pamięta co się wtedy działo? No ciepło było, koniec roku szkolnego, za pasem wakacje i urlopy, ale coś tam świta? Tak! EURO 2016! Akurat ten odcinek drogi przejeżdżaliśmy wtedy, kiedy kto żyw i miał dostęp do telewizji oglądał mecz Polska – Szwajcaria, więc wielu nie w głowie były samochodowe wycieczki. W Bartoszycach akurat się okazało, że wygraliśmy w karnych, czego się można było dowiedzieć z wszechobecnych wrzasków z otwartych okien mieszkań pełnych rozentuzjazmowanych kibiców.

SępopolNasze głowy jednak zajęte były czymś innym. Gdzie by tu spać? W okolicach Bartoszyc nie ma żadnego campingu, najbliższa turystyczna miejscowość to Węgorzewo, oddalone o ok. 80 km. Na taką podróż za daleko i za późno. Mimo wszystko postanowiliśmy udać się w stronę Sępopola i po drodze przemyśleć sprawę. Wybór jednak był taki – wbić do kogoś do domu i zapytać, czy możemy się rozbić w ogródku, czy spać na dziko w krzakach, znaczy na łące, za krzakami. Jako, że trochę nam głupio tak pukać ludziom do drzwi i stawiać owych obcych ludzi w niezręcznej sytuacji, bo wiadomo polska gościnność, „Gość w dom, Bóg wie po co” i takie tam. Więc postanowiliśmy poszukać miejsca do spania na dziko za Sępopolem. O dziwo nie było to takie bardzo trudne, znalazł się kawałek wykoszonej łąki zaraz za miasteczkiem. Rozbiliśmy namiot, zjedliśmy kolację i zakończyliśmy dzień jak zwykle – sprawdzając prognozę pogody…

I wtedy się okazało, że dla naszej łąki zapowiadają w nocy burze. Posprawdzaliśmy wszelkie dostępne mapy burzowe i prognozy i wszystkie zgodnie pokazywały, że nasze pierwsze miejsce do spania na dziko wybraliśmy akurat tam gdzie miało lać, dmuchać i walić piorunami. Na horyzoncie zachodzącego słońca niby nic nie wskazywało na zmianę pogody, ale wiecie jakie te burze są podstępne i zdradzieckie. Przychodzą nie wiadomo skąd, tylko na chwilę, a potem się okazuje, że nie ma namiotu, czy dachu i wszystko jest doszczętnie zalane. Ja postanowiłam myśleć pozytywnie i z nadzieją w sercu poszłam spać. Beirut także nie wyglądał na zmartwionego. Kacprowi jednak perspektywa burzy nie dawała zasnąć. I całe szczęście, ktoś z tej bandy musi trzeźwo myśleć 🙂 Koło północy obudził mnie w celu zaprezentowania naszej marnej sytuacji przy dźwiękach grzmotów i świetle błyskawic w oddali. Decyzja była szybka – pakujemy się byle jak i uciekamy do miasteczka. Schronienie znaleźliśmy na stacji benzynowej, która niby całodobowa, a jednak zamknięta wyposażona była w ławeczkę. Mogliśmy próbować się schronić na MORze w Sępopolu, ale wiadomo jak to jest z takimi miejscówkami. Nowe ławeczki i stoliki, zadaszone, na uboczu, okazało się to świetnym miejscem na sobotnią posiadówkę dla lokalnej młodzieży.  Burza nie była tak gwałtowna jak nam się to wydawało, popadało tak ze dwie godziny i między 2 a 3 w nocy znów stanęliśmy przed nie lada pytaniem. Co teraz robić? Jechać do Węgorzewa i wbić na camping z rana, czy wrócić na łąkę? Wygrała opcja 2, na szybkiego rozbiliśmy znów namiot i poszliśmy spać w tym samym miejscu z którego uciekaliśmy 🙂

Riders on the storm

Riders on the storm

Prognozy jednak nie dały nam pospać. Wstaliśmy o 6, zebraliśmy majdan i ruszyliśmy w stronę Węgorzewa. Na popołudnie znowu zapowiadali burze, aż do wieczora, więc nie chcieliśmy utknąć na jakimś przystanku, czy pod sklepem do nocy. W powiecie węgorzewskim Green Velo zrobił nam niespodziankę, większość trasy prowadziła bardzo miłymi drogami rowerowymi z nową asfaltową nawierzchnią, o niebo lepszą, niż ta na drodze obok 🙂 i wtedy nasz niestrudzony pies Beirut – pies, który musi wszystko widzieć i wiedzieć, który przez cały tydzień, przez tyle kilometrów, niezależnie od temperatury niestrudzenie stał w przyczepce wychylając głowę to na prawo, to na lewo, się zmęczył. Na dobrej nawierzchni bez dziur i wybojów uznał w końcu, że może już przestać stać na straży, a jak sobie usiądzie, to może patrzeć na bok i do tyłu i tylko głową ruszać bez wstawania. Nawet nie wiecie jakie było nasze zdumienie i duma, że w sumie po kilku tysiącach przejechanych kilometrów i co najmniej kilkunastu próbach namówienia go do siedzenia czy leżenia w przyczepce w końcu załapał 🙂Riders on the storm

Nie raz w czasie tej wyprawy przekonaliśmy się, że Polska jest piękna. Odkrywaliśmy miejsca mało znane szerszej publiczności, nieodwiedzane przez turystów. Krajobrazy, które cieszyły oko i duszę. Na Mazurach nie mogło być inaczej. Takiego pola maków próżno szukać (znaczy można, koło miejscowości Radosze, jakby ktoś był zainteresowany).

W Węgorzewie obraliśmy kurs na jezioro Święcjaty i camping Rusałka nad samym jeziorem. Ośrodek co prawda pamięta czasy późnego Gierka i przypominał Kacprowi pierwsze kolonie, ale na jedną noc nie wybrzydzaliśmy. Szczególnie, że mieliśmy już jeden wieczór bez prysznica i tym razem mieliśmy ochotę zmyć z siebie trudy podróży. Pogoda z resztą była iście wakacyjna, ponad 30 stopni w pełnym słońcu i na rowerach, musieliśmy pachnieć jak pierwszorzędny francuski ser 🙂 na campingu zdążyliśmy zjeść obiad i wypić piwo, po czym zerwał się wiatr i w mgnieniu oka przywiał burzowe chmury, które nie opuszczały nas aż do wieczora. Częściowo przespaliśmy ten czas, budząc się tylko przy mocniejszych grzmotach zastanawiając się czy uciekać, czy dalej spać. W końcu przeczekaliśmy burze w namiocie, choć perspektywa wieczoru w barze była niezwykle kusząca.Beirut nad jeziorem Święcajty

Następnego dnia trzymaliśmy się Green Velo, który prowadził nas z dala od miasteczek i wsi mazurskich. Za to blisko natury i zwierząt gospodarskich, których największym fanem jest oczywiście Beirut. Ale nie oszukujmy się, czy nie lubicie sobie popatrzeć na krowy? Według mnie krowy maja takie mądre oczy. W oczach krowy widać, że ona cały świat ma gdzieś, nie wie po co człowiekom te telefony, internety, kariery i pieniądze. Dla niej się liczy tylko tu i teraz. Żyje chwilą i celebruje każde źdźbło trawy, które dostojnie przeżuwa i niespiesznie trawi w swoich 4 żołądkach. I na pewno nie ma problemów z wrzodami 😀 Uroku nie można także odmówić takiemu pięknemu źrebaczkowi z czerwoną kokardką u szyi. Słodziak <3

krowa-gif

Mój pierwszy wysokiej jakości gif. Pani Krowa właśnie postanowiła wykopać sobie dołek i poobrzucać się ziemią, więc nie mogłam jej nie sfotografować. Tak oto powstają małe dzieła sztuki nowoczesnej 🙂

Chill w Gołdapi

Chill w Gołdapi

Żeby było jeszcze ciekawiej to na trasie szlaku rowerowego spotkaliśmy nie tylko krówki i koniki, a także Warmińską Pieszą Pielgrzymkę do Ostrej Bramy 🙂 natomiast rowerzystów jak na lekarstwo. Zaledwie kilka osób. Mam nadzieję, że w wakacje ruch był trochę większy.

Poprzez pola i łąki dotarliśmy do Gołdapi, odpoczęliśmy chwilę i ruszyliśmy w stronę słynnych Stańczyków, gdzie przebiega także granica województw warmińsko-mazurskiego i podlaskiego. I niestety na koniec muszę napisać, że Stańczyki są przereklamowane. Dużo piękniejsze widoki widzieliśmy trochę przed i trochę za Stańczykami. Za wejście trzeba płacić, a serio nie ma tam zapierających dech w piersiach krajobrazów. Dużo lepiej prezentuje się widok na most, niż z mostu.Stańczyki

Już i tak się rozpisałam, więc zostawiam Was na koniec ze mną i z kolejnym moim wysokiej klasy homemade gifem z trasy. Widzimy się w kolejnym wpisie o Suwalszczyźnie. A jak ktoś nie widział poprzednich etapów podróży przez pół Polski to szybko, szybko – klik tu i klik tam 🙂gosia

13 Comments

  1. Od zawsze wiadomo, że po prostej jedzie się lepiej niż pod górkę, ale powiem Wam że z górki jeszcze lepiej 😀 Swoje przygody z podróżami rowerem dopiero rozpoczynam, ale rozumiem ucieczki przed deszczem gdy śpi się w namiocie. Każda trudna sytuacja uczy czegoś nowego i daje siłę w przyszłości. Gift z krową świetny! 😀

    • Gosia

      Czekałam na słowa uznania za gifa 🙂 dziękuję 🙂 Z górki jedzie się dobrze, ale to zawsze oznacza, że najpierw jest pod górkę 😉 życzymy powodzenia i dobrej pogody w czasie rowerowych podróży!

  2. Jaka świetna wyprawa, w myśl cudze chwalicie, swego nie znacie i ten slodki podróżnik z 4 łamami, bomba pomysł 🙂

  3. Ale pięknie! W ogóle jaka fajna podróż, marzy mi się taka rowerowa wyprawa..:)

    • Gosia

      Bardzo fajna sprawa – polecamy, ale kupienie sprzętu, nawet najtańszego trochę kosztuje. A wiadomo, tanie nie koniecznie jest trwałe 🙂 Na tą wyprawę pojechaliśmy pierwszy raz nie kupując nic, ale już wiadomo, że nowe garnuszki by nam się przydały i sporki nam się chyba wszystkie połamały… A polecam ten rodzaj podróżowania, bo się świat ogląda dużo uważniej niż pędząc samochodem. Jedziemy przez małe miejscowości i wsie, zaglądamy ludziom do ogródków i okien, bardziej czujemy atmosferę danego miejsca 🙂

  4. Piękne zdjęcia i piękne opisy! A swoją drogą uwielbiam tą część PL! Powodzenia przy kolejnych wyprawach!

    • Gosia

      Dziękujemy! Dobre słowa zawsze się przydają, szczególnie na uciążliwych podjazdach 🙂

  5. Przepiękne zdjęcia, no ale jakie inne mają wyjść jak się fotografuje Polskę? 🙂 Na Mazurach byłam raz, ale przez Was muszę tam się wybrać jeszcze i jeszcze i jeszcze raz! 🙂

  6. I taki typ podróżowania, to ja lubię! Polska jest tak pięknym i zróżnicowanym krajem, że często wystarczy udać się przysłowiowe dwie wsie dalej, żeby zachwycić się czymś zupełnie nowym. Miasta z bogatą historią, lokalne legendy i krajobrazy, magia wiejskich kościołów i wiele wiele innych miejsc, w które warto dotrzeć!

    Pozdrawiam,
    Damian

    damian211289.blogspot.com

  7. Piękna wyprawa, rowery, no i piesek oczywiście 🙂

  8. KOCHAM Mazury!! Jeździłam tam z rodzicami przez 12 lat swojego życia rok w rok. Teraz ciągle sobie obiecuje, że znów tam wrócę jak za starych dobrych czasów pod namiot nad jezioro i ciągle to odkładam. Ale jak widzę takie zdjęcia to aż mnie ręce świerzbią, żeby się spakować.

    • Gosia

      Wstrzymaj się może do lata 🙂 Niby zawsze mówię, że nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednio ubrani ludzie, ale namiot w listopadzie jakoś do mnie nie przemawia 😉 życzymy miłego wypoczynku niezależnie od pogody 🙂

Zostaw komentarz