Polska, Rowerem

Rowerowa wyprawa przez pół Polski – Pomorze Zachodnie

Rewal

Wyprawa przez pół Polski była spontanicznym wypadem. Autorskim połączeniem kilku pomysłów i potrzeb. Po pierwsze, chcieliśmy przejechać wzdłuż polskiego wybrzeża. Po drugie, chcieliśmy pojechać na Podlasie. Po trzecie, chcieliśmy zostawić u moich rodziców rowery i cały sprzęt turystyczny, bo wiedzieliśmy już, że nasze dni w Polsce są policzone. Po czwarte, chcieliśmy w ogóle gdzieś pojechać, mieliśmy czas i powiedzmy, że pieniądze. I po piąte, ale to życie napisało scenariusz i wynika z trzeciego – to było dobre pożegnanie z Polską. Nie wiemy, kiedy znowu przyjedziemy i czy będziemy mieli czas na odkrywanie nowych miejsc w Ojczyźnie.

Naszą podróż jak zwykle zaczęliśmy na Dworcu Centralnym, pakując rowery, przyczepkę, Beiruta i resztę majdanu do pociągu w kierunku Świnoujścia. Od samego początku z problemami. Pociąg był oczywiście opóźniony. Jak już przyjechał, to się okazało, że PKP miłościwie podstawiło inny wagon, niż ten, który miał być, który widzieliśmy na stronie w czasie kupna biletów. W ten sposób okazało się, że my mamy miejsca na jednym końcu wagonu, a rowery stoją na drugim. Jako, że ludzi było dużo, miejsca, jak to w pociągu – mało, to przy rowerach musieliśmy zostawić wszystkie sakwy. W tej sytuacji spędziliśmy niezbyt udaną noc na workach ze śpiworami na podłodze pilnując rowerów, słuchając mądrości życiowych kilku panów w stanie wskazującym na spożywanie napojów wyskokowych. Dopiero od Szczecina mogliśmy zająć miejsca w najbliższym przedziale i nacieszyć się możliwością posiedzenia sobie 🙂Pies w pociagu

Totalnie zmęczeni wysiedliśmy koło 8 rano na stacji w Międzyzdrojach. Całe szczęście pogoda dopisywała, więc ruszyliśmy na podbój pierwszego z nadmorskich kurortów. Zanim na plażę, udaliśmy się do miejsca, gdzie Beirut czuł się jak u siebie – do Alei Gwiazd. Pora była idealna, ani jednej duszy. Chcąc poczuć choć odrobinę gwiazdorskiego splendoru przejechaliśmy się Aleją, po czym pojechaliśmy na plażę, bo przecież po to się przyjeżdża nad morze.Aleja gwiazd Międzyzdroje

O psiolubnej części plaży przeczytałam u Heban the Hovawart, gdzie znalazłam szczegółowy opis jak tam trafić. U Hebana znajdziecie też więcej przydatnych informacji dotyczących zakwaterowania czy knajp. Dotarcie na plażę, przez piaskową ścieżkę, z dwoma bardzo obciążonymi rowerami i przyczepką okazało się niemałym wyzwaniem. Stanęło na tym, że trzeba było odpiąć przyczepkę od roweru i wszystko przeciągnąć/przepchać na plażę osobno. Najbardziej zadowolony był oczywiście Beirut, bo jego kareta niespodziewanie zmieniła rumaka z mechanicznego na żywego 😉

Na plaży się okazało, że nad morzem dla Beiruta najlepszy jest piasek, a nie woda, która w sposób podstępny i zdradziecki, oddala się i przybliża, by w najmniej oczekiwanym momencie zalać Beirutowi coś więcej niż łapy 🙂 Po kilkunastu minutach radosnej zabawy zmęczenie po prawie nieprzespanej nocy zmęczyło i niepokonanego – widać było, że chętnie zakopałby się w tym cieplutkim piasku i zdrzemnąłby się dłuższą chwilkę.

Jednak nie ma tak dobrze, wyprawy rowerowe rządzą się swoimi prawami. Show must go on. Ahoj przygodo! Przygoda wzywa! I takie tam. Tak jak przyszliśmy, na raty wypychając sprzęt z piasku, tak wyszliśmy z plaży i ruszyliśmy na podbój międzynarodowego szlaku R10. Cóż to jest za szlak Proszę Państwa! W swym założeniu dookoła Bałtyku – cudowna ideja! Niestety wykonanie na terytorium Polski pozostawia wiele do życzenia. Szlak jest oznakowany tylko w niektórych gminach, przygotowane ścieżki rowerowe w nielicznych. Opisy na blogach i forach sprzed kilku lat w pełni oddają realia na rok 2016, ten szlak jest głównie na mapach, w realu głównie w domyśle. Najbardziej podobno zdziwieni są niemieccy cykliści, przyzwyczajeni do „innego” poziomu wykonania szlaków rowerowych.

Szlak R10 zaprowadziła nas zaraz za Międzyzdrojami do Wolińskiego Parku Narodowego. Gdzie co prawda nie można wejść z psem, ale o wjeżdżaniu nie było żadnej mowy. Mogliśmy nacieszyć się odrobiną cienia w bukowych, pomorskich lasach. Terenu Parku Narodowego nie było dużo, ale za to znaleźliśmy piękne jezioro, idealne miejsce na odpoczynek i rozprostowanie kości.

Dalej kierowaliśmy się na wschód. W miejscowości Dziwnów, gdzie znajduje się most zwodzony, akurat trafiliśmy na porę podniesienia mostu. Dziwnów okazał się dziwny, czy raczej zaskakujący – zastaliśmy tam pierwszy dłuższy odcinek drogi rowerowej i psie torebki na kupy, które przypominały nam torebki z Pragi 🙂 Szlak między Dziwnowem, a Pobierowem wiedzie przez las, co jakiś czas zahaczając o plaże. W końcu zdecydowaliśmy się jeszcze wykorzystać mało uczęszczany fragment na jedzenie i zabawę z psem. Beirut po chwili latania za patykiem, jednak poczuł się zmęczony i postanowił poudawać, że pilnuje wyjścia z plaży 😉

Po chwilowym odpoczynku udaliśmy się w kierunku Trzęsacza, gdzie znajdują się chyba najsłynniejsze ruiny kościoła w Polsce. Kościół został wybudowany ponad dobry kilometr od morza. W wyniku procesów geologicznych, (uwaga! Trudne słowo!) szczególnie abrazji, na klifie została tylko południowa jego ściana. Jeśli ktoś ma nadzieję, że i ta runie niechybnie do morza jest w błędzie. Skalna ściana na której opiera się resztka kościoła została porządnie wzmocniona. Co trochę odbiera urok temu miejscu, ale powody są zrozumiałe, a metoda wykonania zapewne odpowiednia. Przecież nikt nie będzie stał i trzymał (ale te nagłówki w kolorowej prasie „nie śpię, trzymam zabytek nad przepaścią” byłyby zabawne).

W sąsiednim Rewalu z kolei oczom naszym ukazały się przepiękne rybackie kutry wyciągnięte na plażę. I pierwszy raz tłumy turystów spragnione słońca i morskiej bryzy, więc tylko szybkie fotki, podziwianie i uciekliśmy. Jak się okazało między Pogorzelicą, a Mrzeżynem, oprócz koszmarnej drogi z kocich łbów, czekało na nas TO miejsce.

O takim miejscu śpiewa Aurora Aksnes w utworze „Runaway”: „I saw piece of heaven waiting impatient for me”. Czy niech będzie Stan Borys i „Plaża, dzika plaża…” 😉 Nie sądziliśmy, że można taką jeszcze nad polskim Bałtykiem znaleźć. Zdecydowanie dla takiej plaży warto nad Bałtyk przyjechać. Tylko dotrzeć tam można tylko pieszo, bądź rowerem. Ruch samochodowy jest zakazany. Mieliśmy nawet myśl, żeby rozbić tam namiot na dziko, po czym się okazało, że teren jest monitorowany przez Urząd Morski, który kategorycznie mówi „nie” takim  pomysłom. Zostaliśmy tam tak długo, jak się dało, a później z bólem serca udaliśmy się na camping. Po nieprzespanej nocy i intensywnym dniu byliśmy na prawdę zmęczeni.

Po nocy przespanej snem kamiennym na campingu w Dźwirzynie ruszyliśmy w stronę Kołobrzegu. Tam niestety na teren plaży i mola nie można wchodzić z psem. Tylko oczami wyobraźni mogłam zobaczyć jak Hrabia Beirut wyleguje się na leżaku. Zatrzymaliśmy się za miastem na kamienistej plaży, która z powodu małej ilości piasku nie podpasowała Beirutowi, więc nie traciliśmy czasu i śmignęliśmy dalej.

Pokonując kolejne kilometry pomorskich dróg dojechaliśmy do terenów, wybranych jako jedna z lokalizacji elektrowni jądrowej. W okolicy miejscowości Gąski napotkaliśmy nawet okazjonalny krzyż z wezwaniem, do obrony od atomu. Potraktowaliśmy to raczej jako przykład polskiego kiczu kościelnego, niż miejsce kultu 😉 za to kawałek dalej miedzy Gąskami a Sarbinowem też jest kawałek przyjemnej plaży, bez tłumów i wszechobecnych parawanów.

Uznając, że plażingu mamy już dość, śmignęliśmy do Darłowa, a potem do Darłówka gdzie rozbiliśmy się na campingu. Po drodze podziwiając przepiękne pomorskie pola pszenicy.Darłowo

Następnego dnia pogorszyła się pogoda. Zaczęło lekko padać, trochę wiało i było pochmurno, całe szczęście wciąż było ciepło. Wcale nie zniechęceni ruszyliśmy w dalszą drogę szlakiem nadmorskim w kierunku Jarosławca. Ta część okazała się dosyć trudna i uciążliwa. Nawierzchnia z płyt nie jest naszą ulubioną, choć to lepsze niż „szlak po piasku”. Niestety jest jeden taki fragment, gdzie trzeba rower albo przenieść albo przepchnąć przez dolinkę rzeki, która wyschła. Zostało tylko piaszczyste dno. Po drodze postanowiliśmy się zatrzymać, wybiegać trochę Beiruta i nacieszyć się pustą plażą. Na drewnianych falochronach chciałam mieć zdjęcie jako Królowa Mórz i Oceanów, ale oczywiście Beirut postanowił skraść mi show 🙂

Kilka kilometrów dalej, po dwóch i pół dnia rowerowej wyprawy, minęliśmy granice województw zachodniopomorskiego i pomorskiego. Także w tym miejscu przerywam. Niedługo dalsze opowieści z trasy 🙂

To tyle, pjona 🙂

6 Comments

  1. Ola

    Przepiękne zdjęcia! Ale się cieszę, że wpadłaś do mnie – dzięki temu mogłam odkryć Twojego bloga! Taki super klimacik wytworzył u mnie ten wpis i fotki – uwielbiam wybrzeże. Muszę kiedyś zrobić taką trasę, jak opisałaś!

    • Gosia

      Ola, szczerze polecamy. Dużo więcej można zobaczyć z rowerowego siodełka niż z samochodu 😊 również się cieszę, że „odkryłam” Twój blog. Miło jest się wymienić spostrzeżeniami 😊 Pozdrawiam serdecznie 😊

  2. Nasze morze najlepsze <3
    No i chyba mieliście bardzo sprzyjającą pogodę 🙂 Zazdroszczę wyjazdu.

  3. Świetny wózek i sposób podróżowania ze zwierzakiem – jak myślisz: czy podziałałoby z kotem :)?

    • Kacper

      Hahaha 😊 myślę, że to zależy od kota 😉 ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spróbować 😊 jeśli się zdecydujesz to podeślij relacje, chętnie poczytam jak było 😊 pozdrawiam serdecznie koteła i Panią 😊

Zostaw komentarz