Do Słowenii wjechaliśmy wczesnym popołudniem przez przejście graniczne Šentilj/Spilfeld szlakiem EuroVelo 9. Po łagodnych, choć czasem długich, austriackich podjazdach, przyszedł czas na strome i krótkie słoweńskie górki. Miło było, po niemieckojęzycznej Austrii, wrócić do słowiańskiej Słowenii. Czuliśmy się tam trochę swobodniej i bardziej jak „u siebie”. Pchani ciekawością nowego kraju dosyć sprawnie i szybko dojechaliśmy do przygranicznego Mariboru.

Miasto przywitało nas słoneczną pogodą, jak przystało na stolicę najbardziej nasłonecznionego regionu kraju. Naszą uwagę przyciągnęła architektura, różna od tej, którą widzieliśmy w Austrii. Widoczne już były wpływy śródziemnomorskie. Zaciekawieni staraliśmy się wychwytywać te elementy, w balkonach, okiennicach, wąskich uliczkach. Chwilę wytchnienia znaleźliśmy na jednym z placów, gdzie skonsumowaliśmy resztki austriackiego prowiantu i niestety trochę się zasiedzieliśmy. Beirut oczywiście zamiast podziwiać nowe miejsce bardziej był zainteresowany naszymi bułkami, gołębiami i wodą w fontannie. My z kolei zastanawialiśmy się, czy zostać na campingu w Mariborze, czy pojechać do  oddalonego o ok. 30 km Ptuja. Sprawa została przegłosowana. Z Kacprem zdecydowaliśmy się jechać dalej, a Beirut w tej kwestii nie miał zdania, oby było co jeść i gdzie spać. 🙂 Maribor mimo swojego uroku jakoś specjalnie nam się nie spodobał, nie czuliśmy tam tego „czegoś”, dlatego po zaopatrzeniu się lokalnej piekarni ruszyliśmy dalej.

Nie byliśmy specjalnie zadowoleni z podjeżdżania pod kolejne pagórki, ale wjeżdżając do Słowenii wiedzieliśmy na co się porywamy. Tego dnia jednak mieliśmy szczęście. Bystre oko Kacpra dostrzegło na przedmieściach tablicę informacyjną z mapą okolicznych szlaków rowerowych. Dzięki temu większość trasy pokonaliśmy szlakiem wzdłuż rzeki Drawy oglądając jedynie winnice i domy na okolicznych pagórkach.

Słoweńskie pagórki

Słoweńskie pagórki

W dobrych humorach dojechaliśmy do Ptuja i… zachwyciliśmy się. W tym miejscu znaleźliśmy to czego bezskutecznie szukaliśmy w Mariborze. Wąskie uliczki tego miasta wciągały nas z każdym krokiem. Szkoda, że byliśmy z ciężkimi rowerami i całym dobytkiem, bo Ptuj zasługuje, by odkrywać go niespiesznie, spacerowym krokiem, zaglądać w każdą najmniejszą uliczkę i pić kawę przyglądając się życiu miasta. Bez dyskusji trafił na listę miejsc do których koniecznie musimy wrócić. Tylko Beirut nie sprawiał wrażenia zaciekawionego, ale do miłośników architektury, jak wiadomo, się akurat nie zalicza 😊

Niestety świetne wrażenie jakie zrobiło na nas miasto zostało odrobinę zmącone przez panią w recepcji campingu, która za namiot, dwie osoby i psa powiedziała nam kosmiczną cenę –  36 euro. Teraz już wiem, że za taką cenę można znaleźć pokój w pensjonacie czy hostelu, a camping przy termach, choć drogi i oblegany nie jest wart swojej ceny. Jedynym zadowolonym był  Beirut, który spotkał swego krewnego Airedale Terriera, z którym wymieniał nieśmiałe spojrzenia cały wieczór.

W nocy niestety zmieniła się pogoda, rano było zimno i mokro. Wiał zimny wiatr, który nie ułatwiał wyjazdu z Ptuja. Chętnie zostalibyśmy choć na jeden dzień dłużej, ale czas naglił, a kilometry same się przecież nie przejadą. Postanowiliśmy zamknąć Beirutowi przyczepkę z tyłu, żeby miał możliwość schronienia się przed chłodnymi podmuchami, z której oczywiście nie korzystał. Wiatr we włosach, niezależnie od temperatury, jest dla niego najbardziej interesującym elementem podróży. Ruszyliśmy na zachód wjeżdżając coraz dalej w głąb cudownie zielonej Słowenii.

Zielona Słowenia

Zielona Słowenia

Pierwszym przystankiem tego dnia była Ptujska Gora – sanktuarium maryjne, słoweński odpowiednik Częstochowy. Niestety trafiliśmy na trwające nabożeństwo, więc nie wchodziliśmy do środka. Następnie drogę oprócz przepięknych widoków umilały nam okoliczne zamki, pałace i kościoły malowniczo wkomponowane w krajobraz. Przejeżdżaliśmy nawet przez miejscowość, na której nazwę Kacper zwrócił szczególną uwagę.

Do Celje udało nam się dojechać przed deszczem. Ze względu na naprawdę niską temperaturę, jak na słoweńskie warunki w drugiej połowie kwietnia, miasto wyglądało niemalże jak opuszczone. W sumie to nie było wielkim minusem, bez przechodniów łatwiej o dobre kadry 🙂

Niestety zaczęło padać, a my planowaliśmy spać na campingu w pobliskim Preboldzie i zobaczyć po drodze pozostałości rzymskiej nekropolii. Postanowiliśmy jednak się nie zniechęcać, przemarznięci dotarliśmy do… no właśnie ciężko to określić. Myśleliśmy, że te rzymskie nagrobki będą zgromadzone w jakimś muzeum, czy izbie pamięci. Okazało się, że stoją pod gołym niebem w ogródku, otoczone krzewami. Na teren ogródka można wchodzić w wyznaczonych godzinach, a jak się można było spodziewać  – spóźniliśmy się. Zobaczyliśmy tylko tyle, na ile pozwalała nam wysokość krzewów. Załapaliśmy się za to na inną atrakcję. Przy samym ogrodzeniu stała budka z kebabem, a w środku było sporo ludzi. Uznaliśmy, że może skoro z podziwiania sztuki antycznej nici, to chociaż kolację będziemy mieli z głowy. Tym sposobem za kilka euro mogliśmy się przekonać, że słoweńskie kebaby nie różnią się niczym od polskich 😀

Deszcz zacinał coraz bardziej, więc postanowiliśmy zamknąć Beirutowi przyczepkę też z przodu. Niestety biedak nie umiał się odnaleźć w nowej sytuacji i smętnym wzrokiem spoglądał na mnie przez tylne okienko. Całe szczęście byliśmy już blisko celu.  Camping w Preboldzie okazał się mniej wyszukany od poprzedniego za to bardziej funkcjonalny. Za 15 euro mieliśmy do dyspozycji ogrzewaną łazienkę z ciepłą wodą i radiem, a co ważniejsze mogliśmy sobie bez problemu naładować wszelkie sprzęty elektroniczne. Była to najzimniejsza noc, jaką spędziliśmy pod namiotem, wiec byłam zmuszona dzielić śpiwór z Beirutem, ale przynajmniej oboje nie zmarzliśmy.

Następnego dnia zniechęceni prognozami pogody postanowiliśmy wrócić do Celje i do kolejnego punktu podróży – Lublany dojechać pociągiem. Później trochę żałowaliśmy tej decyzji, ponieważ prognozy nie do końca się sprawdziły. Jednak widoki w trakcie przejazdu linią kolejową wijącą się wzdłuż rzeki Sawy choć trochę rekompensowały korzystanie z  pociągu. Obiecaliśmy sobie, że następnym razem musimy ten odcinek przejechać rowerami biegnącą obok drogą, żeby dokładniej podziwiać dolinę rzeki. Szczególnie jeśli planowany szlak rowerowy zostanie zrealizowany.

Koleje słoweńskie

W pociągu w Słowenii

W ten sposób dotarliśmy do Lublany, ale… o tym kolejny wpis. Lublana jest świetnym miastem, spędziliśmy tam cudowny czas, jednak ciągle prześladowała nas myśl – co dalej z naszą wyprawą? Mieliśmy jechać do Triestu i dalej do Istrii, ale świat chyba nie chciał, żebyśmy tam dotarli, przynajmniej nie tym razem. Droga daleka, liczne wzniesienia, a nasze kolana już dawały o sobie znać, dodatkowo koszmarne prognozy pogody – deszcz i bardzo silny wiatr. Myśleliśmy, żeby przeskoczyć nad Adriatyk pociągiem, ale się okazało, że linia do Kopru jest akurat w remoncie, a zastępczą komunikacją nie możemy zabrać rowerów. Pogodzeni z losem postanowiliśmy zrobić odwrót w kierunku północy. Po dwóch dniach w Lublanie wsiedliśmy do pociągu, którym dojechaliśmy do Murskiej Soboty przy granicy z Węgrami. Niestety pogoda zgodnie z przewidywaniami zrobiła się okropna. W deszczu, przy niskiej temperaturze, dojechaliśmy kilka kilometrów do pensjonatu w Morawskich Toplicach. Siedząc w ciepłym pokoju oglądaliśmy w lokalnej telewizji zdjęcia kwitnących, słoweńskich jabłoni przysypanych śniegiem.

Następnego pogoda trochę się poprawiła. Zrobiło się cieplej i już nie padało. Z żalem żegnaliśmy się ze Słowenią. Mamy nadzieję, że tą tabliczkę ujrzymy jeszcze raz już niedługo.

Słowenia

Do widzenia, Słowenio!

Informacje praktyczne:

    • język słoweński jest dużo bardziej podobny do czeskiego niż polskiego, język pisany był dla nas częściowo zrozumiały, z mówionym było dużo gorzej,
    • na pocieszenie, praktycznie wszyscy mówią choć trochę po angielsku
    • walutą jest euro, ceny są trochę wyższe niż w Polsce, ale niższe niż np. w Austrii
    • polecamy zajrzeć do piekarni, które są niemalże wszędzie, długo otwarte, także w niedziele i święta. Słoweńcy mają bardzo dobre pieczywo, prawdziwe drożdżówki, które wbrew pozorom coraz trudniej znaleźć w Polsce. Uwaga na drożdżówki z serem! Słoweńcy używają do nich słonego sera, a nie tak jak u nas – słodkiego. Wygląd ten sam, ale smak może zaskoczyć 🙂
    • W miastach jest sporo dróg i pasów rowerowych (głównie jednokierunkowych), ciekawostką są drogi rowerowe wyznaczane tylko wokół rond (prawie wszystkich przez które przejeżdżaliśmy), kierowcy są uważni i uprzejmi.

      Rondo z drogą rowerową

      Rondo z drogą rowerową